U MNIE 3-2013

U MNIE – wpis numer:  3 / 2013  aktualizacja: 31.05.2013

Myśl wolna – myśl spod ucisku wyzwolona…

Czasem gdy po tygodniach walki milkną działa na froncie zmagań o prawo do mego ciała, na krótką chwilę odzyskuję w pełni władze nas swym umysłem…nad pamięcią, nad tak drogimi mi wspomnieniami, wszystkie znów staje się przejrzyste i żywe. Myśl ostra i trafna, wszystko widzę jasno i w nowym świetle…

To prawdziwie magiczne chwile… często gdy nadchodzą, gdy milkną szumy, gwizdy i wszelkie inne słuchowe „atrakcje” gdy się uspokajam, a sen powraca w moje życie – czasem bywam tak zaskoczony tą ciszą, tym stanem…że zrazu zastanawiam się co to takiego? Potem rodzi się myśl…czy właśnie tak czują się zdrowi ludzie? Czy tak czułem się nim legło w gruzach tamto moje życie…

Zaraz potem otrząsam się z tej miłej zadumy i rodzą się plany, myśli wszelakie, tyle ich wszystkich i wszystkie naraz… każda bije się o prawo do pierwszeństwa, każda udowadnia że ważniejsza od drugiej… rozpoczyna się wyścig – wyścig z czasem którego zawsze za mało, by zrobić to wszystko co na co dzień niemożliwe, by pomyśleć co umknęło, by powiedzieć czego powiedzieć nie mogłem, wreszcie napisać co zatrute niepamięcią i chaosem było…

Zazwyczaj chwile te są nazbyt krótkie by wystarczyło na to wszystko czasu… zazwyczaj chaos powraca do głowy, nim choć połowę zdążę z zaległych uczynić rzeczy… zrazu po cichu wkrada się podenerwowanie, potem myśli rwą się niczym nazbyt słabe nici tkaniny mej duszy…w uszach zaczynają brzmieć coraz głośniej werble zapowiadającego natarcie wroga… znów pochłania mnie chaos…

Jednak nim to co złe powróci…słowem staram się opisać kolor wciąż żyjący w duszy… jak teraz gdy piszę te słowa – gdy choroba śpi… choć czuje że gdzie w kącie hydra łeb już podnosi…

18.05.2013 godzina: 3:32

*    *    *

…i powróciła, nieubłaganie acz stale odzyskując co moje, zamykając okno mej duszy, ograniczając do minimum. Wówczas ja… ta część która trwa w oporze, skurczona do małego ziarenka woli tlącego się w otoczonej duszy – trwam… i na przekór stanowi, na przekór fizycznym ciała możliwością, na przekór wszystkiemu, nie wiedząc czy stanie się to jeszcze raz – kolejny raz, możliwe… wyciągam mapę, palcem kreślę nowe trasy w miejsca w których od dawna nie byłem, lub te które jeszcze nie odwiedziłem, układam nowe z Bogiem plany, t r w a m… przyczajony w tym ziarnku małym, czekając na kolejną wolności chwilę…

godzina 02:42 – zło nadeszło 22.05.2013…

Wieści z frontu…

Czasem doprawdy trudno nadążyć za nowymi szaleństwami serwowanymi przez dręczącą mnie chorobę… jak pisałem w poprzednim wpisie (numer II / 2013) od początku bieżącego roku zmagam się z nowym demonem, który tym razem do całości obciążeń dołożył problemy naczyniowe… chciałbym móc powiedzieć że po już pięciu miesiącach prób identyfikacji nowego, bądź starego w nowej skórze – wroga, wiem z czym walczę… niestety nadal powiedzieć tego nie mogę, czego główną przyczyną pozostaje jak łatwo można by zgadnąć, opieszałość naszego tak zwanego „systemu lecznictwa”.

Pierwotny termin przyjęcia na kluczową konsultację w specjalistycznej klinice chorób krwi w Krakowie, z marca przełożony został na początek kwietnia, potem na połowę maja… i dopiero wówczas doszła ona do skutku. Nie będę się tutaj rozwodził na powodami owych zmian terminów, gdyż ich przyczyna nader jest częsta, tudzież ograniczono liczbę przyjęć ze względu na cięcia w budżecie placówki, poprzestanę na przytoczeniu smutnego wniosku że w przypadku faktycznego zagrożenia zakrzepicą, korelując to z gumowymi terminami, pacjent miałby doprawdy małe szanse dożyć bezpiecznie przeprowadzanie diagnostyki…

Nareszcie jednak owa wizyta się odbyła… za wcześniej na jakiekolwiek wnioski, na te pora przyjdzie dopiero gdy poznam wyniki specjalistycznych badań w kierunku pierwotnego podejrzenia – Trombofilii, a co miejsce będzie miało za dwa miesiące w połowie lipca. Zważając jednak iż to długi czas, a i badania nie wszystkie zostały wykonane, by skrócić tą drogę pomiędzy kolejnymi konsultacjami i rzucić nieco światła na mrok w którym się poruszam, na co rusz nowe teorie, wykonałem prywatnie badania w tym kierunku, na wyniki których obecnie oczekuję…

zdjęcia od lewej: Po długim trwającym od stycznia oczekiwaniu 13.05.2013 odbyła się wreszcie wizyta w klinice chorób krwi w Krakowie, która mam nadzieję w najbliższym czasie wniesieni nieco światła w powstałą sytuację… / Nowe oblicze, wciąż niezidentyfikowanego wroga objawia się pękającymi samoczynnie, lub pod niewielkim naciskiem naczyniami, oraz powstawaniem dużych krwiaków i stanów zapalnych tkanki podskórnej, których proces gojenia może trwać nawet kilka tygodni… – 30.03.2013. –

W międzyczasie jednak, patrząc od wcześniejszego wpisu (29.03.2013), wiele się w tej materii wydarzyło… nowe problemu jakie mnie dotknęły nie pozwoliły o sobie zapomnieć, ale też przez sam swój przebieg i charakter pozwoliły na wstępne wykluczenie pierwotnych teorii. Zaczęły się bowiem pojawiać samoczynnie, bądź po czasem minimalnym (jak ucisk zegarka na naczynia przebiegające w nadgarstku, lekkim uderzeniu…) nacisku mechanicznym, siniaki, które następnie przeistaczały się w rozrastające się bolesne krwiaki. Proces ten od momentu powstania siniaka, do krwiaka i jego zaniku, może trwać od kilku tygodni do nawet dwóch miesięcy… co równie dziwne miejsca które raz zostały „napiętnowane” takowym przypadkiem, trwale, lub na bardzo długo, pozostają wrażliwe i czasem dokładnie w nich odradzają się krwiaki na nowo… również sam przebieg rozwoju krwiaka jest dość nietypowy, gdyż często wraz z jego rozszerzaniem środek stawał się blady, potem zaogniony w pewnym stopniu przypominając rumień, tylko że otoczony krwiakiem zamiast zaczerwienieniem tkanki.

zdjęcia od góry od lewej: 03.04.2013 / 16.04.2013 / 18.04.2013 / 20.04.2013

Szczęście w nieszczęściu… Tak można by opisać owe nowe atrakcje, gdyż ich niezbyt miła natura pozwoliła wstępnie wykluczyć to co gorsze stanowczo zdaje się być – zakrzepicę, gdyż nijak ma się taki wygląd  i rozwój, a nawet pojawianie się tych zmian naczyniowych do typowego przebiegu zakrzepicy. Po badaniach i dyskusjach udało się też wyeliminować innego podejrzanego, co miało szczególnie duże znaczenie dla dalszego postępowania – antybiotyki, nie jest to w żaden z nimi sposób powiązane. Ustalono natomiast z całą pewnością że doszło do osłabienia ścian naczyń, a teraz… cóż szukamy dalej winnego owego zamieszania. Już ustalone winsoki pozwoliły wycofać leki przeciwzakrzepowe, oraz wdrożyć doraźne inne skuteczne rozwiązanie, wyraźnie zmniejszające perturbacje z tytułu bólów kończyn, niewydolności naczyniowej, oraz ich pękania, wdrożono rajstopy uciskowe w II klasie ucisku. Pomimo że to tylko środek doraźny wyraźnie on zmniejsza te fizyczne aspekty diagnozowanego problemu.

zdjęcia od lewej: 18.04.2013 / 20.04.2013

Równocześnie na przestrzeni minionych pięciu miesięcy od wybuchu tegoż problemu, pilnie obserwowałem sam przebieg i charakterystykę jego przebiegu, to kolejny ważny etap, bowiem jak jak wiemy jedną z podstawowych cech boreliozy jest cykliczność okresów zaostrzenia i poprawy (co wiąże się z okresem narodzin i śmierci krętka boreliozy), czy w jakikolwiek sposób nowe problemy wykazują podobną schematyczność… dziś mogę już z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić że niestety taka cykliczność się pojawia… stało się to wręcz ewidentne podczas dwóch ostatnich zaostrzeń, gdyż w okresach pomiędzy nimi, podczas wycofania częściowego objawów neurologicznych wycofaniu również ulegały i problemy naczyniowe, zanikały bóle, poprawiała się wydolność naczyniowa, nie dochodziło do stanów „marznięcia” i zasinienia kończyn z ich znacznym niedowładem na tym tle, bądź odwrotnie zaczerwieniem i ostrym palącym bólem naczyniowym ze znacznym ich uwydatnieniem…

zdjęcia od lewej: 29.04.2013 / Innymi kłopotami są stany sinienia i marznięcia stóp i dłoni, wraz z pogorszeniem koordynacji ruchowej, oraz odwrotnie uczucie palenia w żyłach, uderzeń fal gorąca, wraz z uwypukleniem naczyń…

Odwrotnie zaś, gdy nadchodził czas zła – załamania, ze zmasowanym atakiem choroby objawy naczyniowe poprzedzały zazwyczaj wystąpienie neurologicznych… jak właśnie teraz gdy od dwóch dni (pisze te słowa 29.05.2013) znajduję się w okresie ostrego załamania, które nadeszło w poniedziałek 27.05, a wraz z nim powróciły problemy naczyniowe… coraz wyraźniej więc zdaje się to wszystko pozostawać jednak w związku z samą boreliozą, a może wręcz jest jej nowym obliczem… cóż dalsza diagnostyka, w ciągu mam nadzieję dwóch najbliższych miesięcy, ostatecznie wyjaśni tą kwestię…

Mały – wielki sercem Przyjaciel…

Pośród wielu form emocjonalnych więzi, uczuć, przyjaźni, jest też ta jedna wyjątkowa jaka powstaje pomiędzy człowiekiem a jego pupilem, tudzież psem, kotem, lub innym zwierzakiem… więź zupełnie inna od tej jaką tworzymy z ludźmi, oparta bowiem nie na słowach, romantycznych gestach, obietnicach… lecz wyłącznie na czystych i szczerych emocjach.

Jakiś czas temu i w naszym życiu pojawił się taki wyjątkowy przyjaciel, jest nim psiak York Terier – o imieniu Kuba. Zdawać by się mogło że pisanie o tym nie ma za wielkiego sensu, bo w sieci bez liku przecież jest stron poświęconych miłości właścicieli do ich pupili, nie brak też poważniejszych opracowań o charakterze psychologicznym takowej więzi, a jednak… jednak uważam że warto o tym napisać, z wdzięczności do tegoż małego Przyjaciela, oraz podzielenia się rzeczą wspaniałą, jak wielki jest wkład tak małego przecież psiaka w moją rehabilitację, utrzymanie mnie na „chodzie”, pocieszenia i podnoszenie na duchu…

*    *    *

Kuba jest psem pod wieloma względami wyjątkowym, również dlatego że w pewnym sensie jest zaprzeczeniem obiegowych opinii o jego rasie, która zazwyczaj kojarzona jest z „psem kanapowym” maskotką do czesania i rozpieszczania… nasz Kuba natomiast, którego nazywamy zdrobniale Buba, uwielbia ruch i doprawdy jeszcze nie zdarzyło mi się sprostać jego apetytowi na niego… i nie myślę tu tylko o dłuższych spacerach, lecz o całodniowych wyjściach w góry, po których zazwyczaj ja sam ledwo wlokę nogi, a Buba…ma ochotę na zabawę. Spacery podobnie… nieważne czy to 5, czy 10km, nieważne w deszczu, błocie, czy upalnym słońcu, Buba nigdy nie ma dość, nigdy też nie odmawia zaproszeniu na takowy… stoi to w znacznej sprzeczności z tym co sądzi się zazwyczaj o tej rasie, jego przewrotna natura, zamiłowanie do wysiłku, pokonywania barier i odrzucanie narzucanych mu łatek, cóż… bardzo w tym on do mnie jest podobny 🙂

Nie ważne czy w środku nocy, czy to wiosna, czy jesień, czy pada, lub jest upał… pies zawsze cieszy się na nasze zaproszenie na wspólny spacer, nigdy nie narzeka, nigdy nie wynajduje przeszkód… tak i Buba walnie przyczynia się do mojej rehabilitacji, do spowolnienia postępów choroby, zawsze towarzysząc i zachęcając do spacerów…

Rehabilitacja… znów dzięki zamiłowaniu Kuby do ruchu zyskałem wspaniałego, radosnego towarzysza spacerów, to dzięki niemu wiele z nich w ogóle się odbyło, to dzięki niemu są one coraz dłuższe, częstsze…dzięki niemu po prostu są…

My ludzie tak zaawansowani, zbudowaliśmy wspaniałe maszyny, latamy w kosmos, skurczyliśmy świat do globalnej wioski, a pomimo to, mimo tak obszernej wiedzy… wciąż powinniśmy uczyć się prostoty i szczerości miłości od zwierząt… one bowiem oferują ją w najczystszej postaci, bez żadnych wewnętrznych podtekstów i pragnień, nie oceniają, nie baczą na urodę, nie interesuje ich stan konta, ani auto pod domem…jedyne co je interesuje to serce – uczucia w najczystszej postaci.

zdjęcia od lewej: Psy oferują nam miłość i przyjaźń w najczystszej postaci… są wspaniałymi i wyrozumiałymi towarzyszami… / Buba w odświętnej muszce Wigilia 2011

Nie ważne czy czy poruszam się w ortezach, on w ogóle ich nie zauważa…choć nie, inaczej…doskonale je pamięta – dlaczego? Bo dla niego są one synonimem…wyjścia. Jak tylko je dotykam od razu wstaje merdając ogonkiem, przeciągając się, dając znać że jest gotowy na kolejną przygodę. My ludzie wciąż możemy tak wiele się od naszych małych Przyjaciół nauczyć…

Gdy jestem smutny on jest przy mnie, mokrym noskiem dotyka by pocieszyć, gdy boli on liże czule… tak.. powinniśmy się uczyć, tej miłości bezkrytycznej, wierności i czystości serca i ja się uczę się jej każdego dnia od nowa i… jestem mu za tą lekcję, za jego w naszym życiu obecność bardzo wdzięczny 🙂

Mój pierwszy dyplom i… drzewko

Gdy byłem malutkim dziarskim przedszkolakiem do naszego przedszkola pewnego dnia przyszła miła Pani… jak to w takim miejscu każda nowa osoba wywołuje małą sensację i zaciekawienie, co też może ona mieć ciekawego do powiedzenia… i ta miła Pani powiadomiła nas wraz z naszą Przedszkolanką że weźmiemy udział w akcji ochrony przyrody, tudzież objawiającej się przez sadzenie drzewek. Były oczywiście w związku z tym stosowne pogadanki, polityczne uświadamianie, nam jednak już w głowie były tylko owe drzewka, może wówczas nie tyle z uwagi na nie same, co na fakt że każdy z nas po jego posadzeniu miał otrzymać za to

„Dyplom” co było przecież niemałą gratką, był to w końcu mój pierwszy dyplom w życiu…

Tak więc mniej lub bardziej grzecznie, udaliśmy się wraz z ową Panią i Przedszkolanką na wskazane miejsce. Czekali tam na nas już ubrani typowo dla ich profesji w szare, zniszczone waciaki i brudne cholewy robotnicy. Na trawniku leżał rząd malutkich drzewek, a przed nimi rząd wykopanych w parkanie dość głębokich dołków. Zrazu pomyślałem że to bardzo miło że wykopali Ci Panowie te dziury, patrząc na wielkość łopaty w stosunku do nas samych, szybko jednak okazało się że to właśnie my sami będziemy teraz owe dołki zakopywać…

Nareszcie nadeszła ta wyjątkowa chwila gdy każdy z nas otrzymał do malutkich rączek swoje drzewko. Z celebracją włożyłem je do dołka, po czym nadeszła ta mniej radosna część zadania – jego zakopanie. Gdy nareszcie się z tym uporaliśmy w asyście tej samej Pani powróciliśmy do przedszkola, potem Pani rozsiadła się wygodnie za biurkiem i poczęła wypisywać to na co tak bardzo czekałem – dyplomy dla nas wszystkich za zasadzenia drzewka. Pamiętam jaka rozpierała mnie duma gdy podchodziłem do wielkiego biurka i odbierałem dyplom… co ciekawe i dziś wydające się zabawne, dyplom ten był równocześnie swoistą „umową dwustronną” w którym deklarowaliśmy posadzonym drzewkiem się do dorosłości zajmować, chronić przed wandalami, podlewać, na zimę zabezpieczać…

Dyplom ten oczywiście zaginął w odmętach minionych lat, ale nie dawno gdy trafiłem na osiedle gdzie drzewko to zasadzałem ze zdumieniem i nieskrywaną radością stwierdziłem że drzewko to nadal stoi i wyrosło na piękne i dorodne…  wywołało to falę wspomnień, ale też i powstanie wniosku iż czasy tamte choć z oczywistych względów „upośledzone”, miały też i wiele pozytywnych wydźwięków… kto dziś bowiem sadzi drzewka w przedszkolu i podpisuję umowę o jego opiece z przedszkolakiem… z całą pewnością uczyło to poszanowania dla natury, oraz w pewnym stopniu odpowiedzialności, a nader wszystko było miłe i zapadające w pamięć…

Wiosenne przebudzenie…

Świat wokół przywdział się w nowe barwy, eksplodując feerią świeżych barw, tak miłych dla oka po szarościach minionych miesięcy…wyższe temperatury, długie dni, wszystko to zachęca nas do częstszego obcowania z naturą, nie wszystko jednak w tym pięknym świecie sprzyja nam samym… wiosna bowiem to również czas aktywności Kleszczy, które właśnie w tych miesiącach (koniec kwietnia, maj, czerwiec) występują najliczniej, są również najaktywniejsze. Po raz kolejny powracam więc do tego samego tematu, nie po to by kogokolwiek zniechęcać od obcowania z naturą, lecz wyłącznie po to by przypomnieć o właściwym postępowaniu, jeśli już takowy, niechybnie niechciany gość nawiedzi nasze ciało…

Zrazu wydawać by się mogło że jedynym środkiem zaradczym jest rezygnacja z wypadów do lasu, unikanie łąk, gór… wydawać się też może osobom nie gustującym w naturze, że w mieście pozostaną bezpieczne, otóż nic bardziej mylnego… nie trzeba bowiem zapuszczać się w dzikie knieje, schodzić ze ścieżek, czy chodzić po pas w trawie by spotkać tego małego pajęczaka… wystarczy że posiadamy ogródek, wystarczy działka, a nawet przejście po parku, jak i…posiadanie w domu czteronożnego przyjaciela, tudzież psa, lub kota. Jak więc widać izolacja jest bezcelowa, chyba że całkowicie zrezygnujemy z jakiegokolwiek kontaktu z naturą, zamykając się w betonowej pustyni blokowiska, no i oczywiście rezygnując z posiadania zwierzęcia w domu. Skoro mamy już więc za sobą rozważania na temat możliwości izolacji od niebezpieczeństwa, przejdźmy dalej…

Załóżmy taką niemiłą sytuację że doszło już do naszego spotkania z Kleszczem, że jadąc na gapę, wczepiony w naszą skórę znalazł się w naszym domu. Co robić? Jakie powinny być pierwsze nasze kroki? Oczywiście usunięcie pajęczaka, to również niezwykle istotny moment, bowiem właśnie podczas niefachowego usuwania kleszcza, tudzież jego uszkodzenia, przyduszenia, kleszcz wymiotuje, zwracając nie tylko treść pokarmową, ale przede wszystkim jeśli był nosicielem jednej z przenoszonych przez niego chorób, bakteriami które infekują nasz organizm.

Kleszcz pospolity (Ixodes ricinus) – gatunek najczęściej spotykany w naszym kraju Od lewej – Kleszcz przed spożyciem krwi ofiary, po prawej Kleszcz po krótkim żerowaniu na psie

Dlatego jeśli nie jesteśmy pewni czy będziemy w stanie sami skutecznie i bezpiecznie wyjąć kleszcza, jeśli ulokował się on w trudno dostępnym miejscu, udajmy się w celu jego usunięcia na pogotowie, bądź jeśli godziny na to pozwalają do lekarza pierwszego kontaktu. Oficjalne czynniki podają że jeśli chcemy mieć pewność czy dany kleszcz był zainfekowany, należy wysłać go po usunięciu i zabezpieczeniu, do przebadania laboratoryjnego, w praktyce jednak niewielu z nas stać na wyłożenie kilkuset złotych za takie badania… dlatego zazwyczaj usunięcie nieproszonego gościa kończy nasz z nim kontakt.

Dorosły, wkręcony w sierść psa Kleszcz – jednym z możliwych źródeł kontaktu z Kleszczem są zwierzęta domowe, dlatego tak ważne jest  by  odpowiednio je zabezpieczyć przed nimi za pomocą jednej z dostępnych metod, tudzież preparatów w kroplach nakrapianych na sierść, lub obroży przeciw insektom, ważne jest również sprawdzanie skóry zwierząt po powrocie ze spaceru.

Jeśli natomiast decydujemy się usunąć kleszcza we własnym zakresie, można to wykonać za pomocą jednego z wielu dostępnych urządzeń jakie pojawiły się w ostatnich latach na rynku. Nabyć je można we wszystkich aptekach, sklepach zoologicznych, czy u weterynarza. Spotykane są różne rozwiązania, kleszczyki, pętelki samozaciskowe… sam wielokrotnie używałem, niezwykle łatwego w stosowaniu, oraz bezpiecznego urządzenia o nazwie TRIXIE (patrz film). Jest to urządzenie kształtem przypominające długopis, oparte na wysuwanej i chowanej automatycznie pętelce z żyłki o specjalnym profilu końcówki ułatwiającej pewne uchwycenie pajęczaka. Całość procesu usunięcia sprowadza się do uchwycenia wysuniętą pętelką, możliwie jak najbliżej skóry ofiary Kleszcza, a następnie jego wykręcenia płynnym ruchem w jednym obranym kierunku.

Przykładowe urządzenia do usuwania Kleszczy / TRIXIE

Przykładowe urządzenia do usuwania Kleszczy / TICK TWISTER

Kleszcza można również usuwać za pomocą pincety, choć to wymaga już nieco więcej doświadczenia. Zasady których zawsze należy przestrzegać są takie by kleszcza uchwycić możliwie jak najbliżej skóry, w rejonie aparatu gębowego, nigdy nie za odwłok, nie wolno też pod żadnym pozorem kleszcza ciągnąć, wyrywać, lecz należy kleszcza po pewnym chwyceniu wykręcić w jednym obranym kierunku. Nie wolno też dawać wiary „ludowym mądrością” jakoby smarowanie kleszcza olejem, masłem, czy czym tam jeszcze, mogło spowodować jego śmierć, kleszcz w takiej sytuacji bowiem zaczyna się dusić a w następstwie tego wymiotować przekazując nam niebezpieczne bakterie chorobotwórcze.

Po bezpiecznym usunięciu pajęczaka miejsce ukąszenia należy zdezynfekować, a samego kleszcza oglądnąć czy nadal jest żywy, oraz przede wszystkim cały, czy nie doszło do jego rozerwania. Następnym krokiem powinna być wizyta u lekarza pierwszego kontaktu. O ile trafimy na lekarza obeznanego z tym zagrożeniem, powinniśmy otrzymać jeden ze standardowych antybiotyków stosowanych w leczeniu chorób przenoszonych przez kleszcze, na okres około 28 dni. Tak, tak… zapewne niektórzy będą zaskoczeni że wspominam o tym nieszczęsnym leczeniu, które u większości nie tylko nie działa, ale pogarsza sytuację, maskując postępującą chorobę. Jednak jak już szerzej (wpis „U mnie” 04/2012) pisałem wcześniej, nie należy z góry skreślać tego typu „standardowego” akceptowanego przez NFZ leczenia, bowiem jeśli stosowane jest ono tuż po ukąszeniu, a my sami mamy silny organizm, istnieje duża szansa że okaże się ono skuteczne. Leczenie takie natomiast przestaje być skuteczne jeśli zostaje wdrożone w późniejszym czasie, gdy choroba zdążyła już zadomowić się w naszym ciele; można przyjąć że zasada jest taka że im później jest ono wdrażane, tym mniejsza jego skuteczność. Poza tym póki co nic innego nie mają nam do zaoferowania czynniki oficjalne, a trudno tez od razu myśleć o leczeniu ILADS biorąc pod uwagę jego koszty…

Ważne – obiegowo, co gorsza również wśród lekarzy krzewiących tą nieprawdziwą wiedzę, można natknąć się na informację jakoby jeśli nie pojawił się rumień, jesteśmy bezpieczni, bo kleszcz był wolny od zarazków… jest to jeden z najczęściej powtarzanych mitów na temat chorób od kleszczowych, gdy tymczasem fakty są zgoła inne… Rumień co potwierdzono klinicznie pojawia się jedynie u około 75% zarażonych, natomiast u pozostałych 25% nie występuje wcale, są to szacunki nader ostrożne, co w praktyce oznacza że odsetek ten może być znacznie wyższy. Niech ja sam będę tutaj najlepszym przykładem, gdyż pomimo wielu ukąszeń, wielokrotnie potwierdzonej boreliozy, nigdy nie miałem rumienia. Kolejną szalenie ważną sprawą jest sama postawa lekarzy, wśród których wciąż można niestety spotkać się i z takimi dla których borelioza, oraz inne choroby przenoszone przez Kleszcza w ogóle nie stanowią problemu, ot takie nieco cięższy katar, ba… czasem można spotkać i takich którzy w ogóle w owe choroby nie wierzą, z uporem woląc rozmnażać przypadłości pacjenta na coraz to inne choroby, niż skupić się na poszukiwaniu wspólnego mianownika – imienia choroby, która pacjenta dręczy. W takim przypadku zalecam by BEZWZGLĘDNIE ZMNIENIĆ LEKARZA – NIE TRACIĆ CENNEGO CZASU który w przypadku tej choroby ma determinujące znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków… znów niech sam będę tu przykładem, minęły bowiem całe lata nim wreszcie bardziej przypadkiem niż celowo zdiagnozowano u mnie chorobę która dręczyła mnie już zapewne wcześniej od wielu lat – lat przez które lekarze z uporem rozmnażali moje choroby – lat które okazały się brzemienne w skutki, czego pokłosie zbieram obecnie… gdy leczenie jest niezwykle długie, trudne, kosztowne i bez gwarancji wygranej…

Jeśli natomiast doszło do dalszych komplikacji… jeśli po ugryzieniu zaczęły u nas pojawiać się wcześniej nie występujące różne objawy (często bardzo zróżnicowane, nawet dziwaczne, wydające się być niepowiązane), nie zwlekajmy… nie traćmy cennego czasu – udajmy się do lekarza znającego zagadnienia chorób przenoszonych przez kleszcze, lekarza leczącego zgodnie z zasadami ILADS, które na dzień dzisiejszy dają największą szansę na wyzdrowienie.

Ważne jest również równoległe przeprowadzenie diagnostyki, tym nie mniej należy tutaj pamiętać że na dziś nie istnieje test dający 100% pewność wyniku, każdy z dostępnych testów obarczony jest pewnym marginesem błędu. Pamiętać należy również o tym że  często objawy występują i nasilają się pomimo że wyniki pozostają negatywne – wówczas bez względy na nie należy postępować tak samo jak w przypadku wyników pozytywnych, mamy bowiem wówczas do czynienia z tak zwaną boreliozą (lub inną od kleszczową chorobą) seronegatywną, dlatego też lekarze ILADS przywiązują mniejszą wagę do samych wyników, a większą do stanu fizycznego chorego.

Tutaj oczywiście pojawia się pytanie gdzie takiego lekarza szukać… to prawda że w naszym kraju jest ich wciąż niewielu, nie jest to jednak misja niewykonalna, pierwsze kroki dobrze jest skierować do SCHNB (Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę) które dysponuje bazą lekarzy ILADS na terenie Polski, na łamach jego witryny można również zapoznać się z wieloma ważnymi i obszernymi informacjami na temat choroby i samego leczenia. W sieci można znaleźć też wiele grup wsparcia, oraz forów, na których można również znaleźć informację niejako z pierwszej ręki – od samych chorych na temat takowych lekarzy (linki poniżej).

*    *    *

Z całego powyższego, zaledwie lekko dotykającego obszernego problemu chorób przenoszonych przez kleszcze omówienia, wyłaniają się trzy najważniejsze rzeczy – czynniki które mają determinujące dla dalszego rozwoju wypadków rzeczy – są to:

  • jak najszybsze i właściwie wykonane usunięcie kleszcze
  • kontakt z lekarzem i wdrożenie prewencyjne standardowego leczenia
  • w przypadku wystąpienia rumienia, bądź nowych niewystępujących wcześniej objawów wykonać diagnostykę w kierunku chorób od kleszczowych, oraz udać się lekarza leczącego zgodnie z zasadami ILADS

Linki:

Słowniczek:

  • Trombofilia – wrodzony lub nabyty zespół chorobowy charakteryzujący się zwiększona skłonnością do tworzenia zakrzepów żylnych lub rzadko tętniczych spowodowaną zaburzeniami w układzie krzepnięcia (info pl.wikipedia.org)

Sebastian Nikiel / U MNIE – wpis numer: 3 / 2013  aktualizacja: 31.05.2013