U MNIE 2-2018

U MNIE – wpis numer:  2 / 2018 aktualizacja: 25.08.2018 / strona 7/7

systematyka wpisu:

.

01.08.2018 – gdy żar leje się z nieba…

Kolejny dzień, znów po przedłużonej nieco dobie, w pokłosiu wcześniejszego wypadu, z dalszą stratą w stronę wieczora, zmusił mnie do pozostania w obrębie domu, generalnie tak to już jest że moja obecna wydolność wymaga pauzy po dwóch, maksymalnie trzech dnia wysokiej aktywności, co i tak należy poczytywać za duży sukces, w latach 2012-2015 było to dzień wysiłku i około trzech – czterech pauzy. Przypomnę poza tym że wciąż nie był to okres pełnej reemisji, nie był to ten właściwy wolności czas, a okres pośredni, w mocno średniej i wahającej się formie, toteż tego właśnie dnia hydra znów próbowała podnieść swój wredny łeb…

Beskid Mały 30.07.3018 – po lewej panorama na Kęty, oraz ościenne gminy z punktu widokowego w rejonie Lasu Morskie Oko, na niebie piękny cumulus nimbus, zwiastun burzowego frontu który szczęśliwie mnie ominął / …blisko mety szlaku, tuż po opuszczeniu leśnego jego odcinka – zachód słońca nad gminą Kozy, to właśnie tu wykonałem jedną z fotografii wyróżnionych w konkursie „Kozy, Kozianie – zapis subiektywny 2017” (fotorelacja <<tutaj>>).

Jednak już pierwszego sierpnia, gdy organizm złapał nieco tchu, a ja ukradłem nieco czasu w dół, nie zamierzałem marnować nawet tej niepełnej formy. Lata walki z chorobą już dawno nauczyły mnie że należy wykorzystywać każdą lepszą chwilę, nie ważne czy jest to jedna czy kilkanaście godzin, że należy ryzykować, walczyć i żyć na krawędzi, tak by nie zmarnować żadnej okazji.

Początek miesiąca kontynuował pasmo upałów na południu kraju, tego dnia osiągającego wartości ekstremalne… toteż tym razem postanowiłem połączyć dwa wymiary piękna, gór i wody, co znów możliwe jest dzięki wielu wspaniałym zakątkom okolicy w której szczęśliwie mieszkam. Wybrałem więc za cel moją ulubioną Dolinę Wapienicy u stóp Beskidu Śląskiego, gdzie wody, szczególnie w tym roku, w górskich potokach zasilających sztucznym zbiornik wodny Wielka Łąka nie brak. Miejsce to doprawdy jest unikatowe w skali Beskidów, stanowi zlewnię trzech potoków: Żydowskiego, Wapieniczanki, oraz Barbary, jest też enklawą dla wielu gatunków dzikich zwierząt, w tym Rysia i Wilka, może też pochwalić się wspaniałym drzewostanem, w tym wiekowymi bukami.

…i znów wykradając tak cenne dobre chorobie godziny powróciłem do malowniczej Doliny Wapienicy – 01.08.2018

Dolina Wapienicy w Beskidzie Śląskim jest naturalną zlewnią trzech potoków, Wapieniczanki, Barbary i Żydowskiego Potoku, w jej centrum znajduje się sztuczny zbiornik wodny Wielka Łąka, po lewej niedaleko od wlotu doliny, zniszczona przez wartki nurt potoku Wapienicznka kaskada / …w drodze do piękna 🙂

Przy odrobinie znajomości terenu, można tam też odnaleźć mnóstwo pięknych, dzikich wciąż zakątków pomimo dużej popularności, w rejonie koryt potoków, aż po górne części zboczy Błatniej, Stołowa, czy Szyndzielni. Sam często właśnie poruszam się łącząc szalki i ścieżki dla biegaczy znakowane z dzikimi, zapuszczając się aż w rejony źródeł wymienionych potoków, najczęściej Wapieniczanki, rzadziej Barbary. Tego dnia plan był jasny, dotrzeć w górną część Doliny Wapienicy i właśnie w jednym z takim dzikich miejsc schłodzić się nad potokiem Wapieniczanka, potokiem toczącym wody I klasy czystości.

W Dolinie Wapienicy wciąż nie brak jeszcze miejsc porośniętych pięknym starym, właściwym Beskidom, lasem liściastym…

…dolina jest też domem wielu gatunków zwierząt, od tych najmniejszych po Jelenie, Sarny, Dziki, Lisy, Wilki a nawet Rysie – tu od lewej: Perłowiec Malinowiec, po prawej Rusałka Pawik

Cóż to było za wspaniałe doznanie… krystalicznie czysta i zimna woda. Prowadząca swe wody na wpół, choć dziś już jednak bardziej dzikim, korytem wyciętym w zboczach gór, wśród usypanych z odsłoniętych skalnych zboczy kamieni i wypolerowanych wartkim nurtem drzew. Zgrzany upałem zrzuciłem buty i czym prędzej zanurzyłem się w nurcie… lodowata przyjemność przeszyła moje członki. Zaczerpnąłem dłońmi wodę oblewając nimi twarz i głowę, pozwalając by chłód wody, jej górski smak i zapach dotknęły mojego spragnionego wolności jestestwa. W takich chwilach człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo mało potrzeba do bycia szczęśliwy, że wszystko to naprawdę dostaliśmy za free w pakiecie, że wszystko to jest wokół nas. Nie potrzeba dalekich wojaży, piękno jest wszędzie wokół nas – wystarczy czasem wyjść z domu.

Dolina Wapienicy, górny odcinek potoku Wapieniczanka 01.08.2018 – Zgrzany upałem zrzuciłem buty i czym prędzej zanurzyłem się w nurcie… lodowata przyjemność przeszyła moje członki. Zaczerpnąłem dłońmi wodę oblewając nimi twarz i głowę, pozwalając by chłód wody, jej górski smak i zapach dotknęły mojego spragnionego wolności jestestwa…

Dolina Wapienicy, górny odcinek potoku Wapieniczanka 01.08.2018 – wartkie wody potoku toczące cierpliwie swe wody z czasem zniszczyły w wielu miejscach kamienne umocnienia brzegu i kaskady, powstałe w czasach budowy zbiornika Wielka Łąka, tudzież 1929–1932r. Jednak dzięki temu nurt odzyskuje powoli swój bardziej dziki, naturalny kształt, znów rzeźbiąc odsłonięte skalne jarów ściany, głazu i kłody…

Uraczywszy duszę i ostudziwszy przegrzane ciało, ruszyłem w dalszą drogę – oczywiście w górę, byle dalej, byle dłużej pozostać w tym cudownym miejscu. Teraz marszruta wiodła już ogólnodostępną ścieżką w przybliżeniu prowadzącą wzdłuż koryta potoku Wapieniczanka. Wraz z nabieraniem wysokości oddalającej się od niego by po zdobyciu wysokości około 680m n.p.m. zbliży się do jego nurtu po raz ostatni. W tym miejscu ścieżka zakręca w lewo, nadal pnąc się w górę po stokach Stołowa. Zwyczajowo właśnie w tym miejscu ponownie ją opuszczam, by odwiedzić jedno z dawno odkrytych malowniczych, dzikich miejsc, gdzie nurt potoku Wapieniczanka cechuje się dużym spadkiem, dzięki czemu toczone przez niego wody piętrzą się w malownicze kaskady na skalnych progach.

…ruszając w dalszą drogę, tu podczas podejścia w stronę Połednia (stoki Stołowa), kilkaset metrów powyżej, ścieżka zakręca w lewo ostatecznie opuszczając koryto potoku Wapieniczanka, w tym właśnie miejscu odbijam w leśną drogę gospodarczą (zdjęcie po prawej) sprowadzającą mnie do nad jego nurt. W tym miejscu wody prowadzone po ostro opadającym stoku spadają pięknymi kaskadami z impetem w dół, powyżej tego miejsca, potok Wapieniczanka łączy się z drugim krótszym dopływem wypływającym ze stoków Błatniej, drugi dłuższy, stanowiący właściwe źródła potoku wypływa ze zboczy Stołowa.

Niewiele powyżej tego miejsca, właściwie jest ono nawet widoczne o ile szata roślinna jest nieco mniej bujna (wczesną wiosną, zimą i późną jesienią) potok łączy swe siły z krótkim dopływem, mającym źródło tuż poniżej Błatniej, dłuższe z ramion jest natomiast właściwym źródłem potoku Wapieniczanka, wypływającym tuż poniżej szczytu Stołowa. Tam w leśnych ostępach, w szumie białych bałwanów spiętrzonej wody, przysiadłem na jednym z kamieni by zarejestrować to piękno – by móc podzielić się nim z Wami wszystkimi. Słońce przebijało się przez kotarę zielonych wciąż liści, choć tu i tam pojawiły się już pierwsze zabarwione na żółto. Spadające z wysoka po skalnych progach i starych kłodach wody, nieco niżej zwalniały, kreśląc sinusoidę wśród drzew, niczym w utworze wirtuoza, wpierw szybko z werwą, niczym demonstracja siły życia, by za chwilę zwolnić, delikatnie gładząc konary drzew…

Kaskady potoku Wapieniczanka w jego górnym odcinku, na zboczach Przykrej – 01.08.2018

Ruszyłem dalej, wszak nie przeszedłem jeszcze nawet połowy zamierzonej trasy, a dochodziła już godzina dwudziesta… podążając za ścieżką, minąwszy kilku biegaczy i rowerzystów, po kolejnych kilkunastu minutach dotarłem do kulminacji marszruty w okolicy Połednia, na zboczach Stołowa. Znajduje się tam dość duża, śródleśna polana, zdjąłem plecak by spakować sprzęt fotograficzny, oraz wyjąć czołówkę. Rozpoczynając zejście żegnał mnie wspaniały widok na drzewa, na stokach Szyndzielni, rozpalone czerwoną poświatą ostatnich promieni słońca. Wkrótce potem wszedłem w gęsty mieszany las. Po kilkunastu minutach zrobiło się już zupełnie ciemno… podążając za snopem światła czołówki zmierzałem w dół, z powrotem do jeziora Wielka Łąka.

01.08.2018 – Dolina Wapienicy, górny odcinek potoku Wapieniczanka, od lewej: jeszcze wciąż zieleń, jeszcze wciąż zapach lata, ale już

Nie spieszyłem się, jak zawsze gdy schodzą gdzieś w sercu rośnie żal – kiedy znów będę mógł tu powrócić? Przystanąłem, pomimo późnego wieczoru wciąż było bardzo ciepło. Usiadłem tuż przy ścieżce na kępie miękkiego mchu. Wyłączyłem czołówkę, pozwalając przyzwyczaić się oczom do mroku. Panowała absolutna cisza, przerywana jedynie cykaniem koników polnych, oraz pohukiwaniem gdzieś w pobliżu sowy. W górze pomiędzy kolumnami leśnej katedry drzew migotały tysiące gwiazd. Cichutko, nie zakłócając piękna utrudzonego dniem lasu co jakiś czas przemknął w ich koronach wiatr, kojąc ogorzałą po słonecznym dniu twarz, przynosząc ze sobą zapach mokrego od rosy mchu, ziemi, liści i igliwia – zapach którego tak często mi brak.. to była jedna z tych chwil które niczym kamienie na szaniec budują mur oporu wobec choroby, które ubogacają, pozwalając trwać… Czas jednak nigdy nie staje w miejscu, wciąż gdzieś gna… tak i mi przyszła pora włączyć czołówkę i pognać w dół, do czekających na mnie w umówionym miejscu bliskich.

…słońce już nisko, malując złotem i miedzią trawy i drzewa, czas ruszać w dalszą drogę – po lewej podejście pod kulminację pętli wokół Doliny Wapienicy, na zboczach Stołowa, po prawej na polanie w kulminacji ścieżki – 01.08.2018

03.08.2018 – nie tylko góry…

Odczekawszy jeden dzień, gdy temperatury w istocie stały się Afrykańskie, czując na karku oddech zbliżającego się wroga, by nie zmarnować żadnych godzin wolności, pomimo że wciąż na zewnątrz żar lał się z nieba, a właściwie również dlatego, zebrałem rzeczy i ruszyłem na kolejną eskapadę. Tym razem nie w kierunku gór, no choć daleko od nich też nie, wybrałem wypad na Jezioro Żywieckie. Nie byłem też sam, towarzyszył mi mój mały wierny przyjaciel Buba, którego faktycznie z bólem serca, ale jednak rzadziej już zabieram na górskie wojaże (ze względu na liczne kłopoty ze zdrowiem…), a już w szczególności gdy natura raczy nas takim skwarem. Tym razem jednak był to wypad wszak nad wodę, więc miejsce dogodne by w razie awarii termicznej mógł się schłodzić.

…wolność wyboru i dysponowanie własnym czasem to cudowne uczucie, czyniące życie pełniejszym, bogatszym i pełniejszym – tu zmierzając z Pietrzykowic Żywieckich w stronę Jeziora Żywieckiego (po prawej) 03.08.2018

Jak to już było poruszane woda zawsze szczególne ma wygania… zwyczajowo też zanim choroba zaatakuje pojawia się szczyt tolerancji na bodźce, choć już zazwyczaj krótkotrwały. Właśnie to pozwoliło mi na przejazd pociągiem do Pietrzykowic Żywieckich, a potem po dotarciu nad brzeg jeziora w miarę „bezkarną” kąpiel bez stoperów usznych. Osoby które znają to miejsce wiedzą jak bardzo jest ono malownicze, ulokowane u stóp Beskidu Małego, otoczone od południa odleglejszymi nieco szczytami Beskidu Żywieckiego i od zachodu Śląskiego.

…woda jak mało które środowisko szczególnie wymaga dobrej tolerancji bodźców, w tym bardzo dobrej tolerancji błędnika na ruch (falowanie) wody, to również dlatego tak rzadko mogę nad nią powracać, dlatego też każdy taki wypad jest dla mnie czymś wyjątkowo pięknym i radosnym, tu radość dopełniona była przez towarzystwo mojego małego przyjaciela Buby

Jezioro Żywieckie 03.08.2018

Białe trójkąty żaglówek majaczyły na krawędzi horyzontu, unosząc się na błękitno-zielonych falach, powoli, niespiesznie płynąłem to żabką, to na plecach wpatrując się w leniwie sunące po niebie białe obłoki… pozwoliłem unieść się falom, asymilując ten spokój i piękno, na nadchodzące ciężkie dni. Na brzegu nerwowo tuptał mój mały druh, trzeba przyznać że musi doprawdy być piekielnie gorąco by sam z siebie wszedł choć na chwilę do płytkiej wody, jak właśnie wówczas, ale to wszystko, ot taka jego maniera, nie przepada za wodą (za to za błotem jak najbardziej tak), za to kocha góry i wszelkie po łonie przyrody wojaże. Nadchodził wieczór, złotem oblało zachodzące za Skrzycznem słońce okoliczne szczyty. Odbijając się w zmarszczkach wieczornej bryzy na tafli jeziora… czas był powrócić sytym tego piękna do domu.

Jezioro Żywieckie 03.08.2018 – wspaniale usytuowana perła regionu, nad wodą pochwalają się bliskie szczyty Beskidu Małego, dalej (fotografie na dole po lewej i prawej) szczyty Beskidu Żywieckiego – to miejsce, jego spokój i piękno trwale wpisane są w moje jestestwo od wielu lat.

Gdy znów kajdany zacisną się na sercu mym – uzbrojony w piękno trwam…

Znów pęd by jak najwięcej pomimo wysiłku, pomimo częstych działań na krawędzi, okazał się jak najbardziej słuszny… już w kilkanaście godzin po powrocie znad pięknego Jeziora Żywieckiego choroba zaatakowała. Znów zahuczały werble, a w umyśle rozpętał się sztorm. Nogi osłabły, ledwo trzymając mnie w pionie, znów za cały świat musiał wystarczyć mi pokój. Tak minęły dni wspaniałe wolności, jak zawsze nazbyt szybko, zbyt ich mało w stosunku do długości okresów walki, jestem jednak wdzięczny choć za nie, wszak wcale być ich nie musi, a wówczas… wolę nawet o tym nie myśleć.

Jezioro Żywieckie 03.08.2018 – sięgając myślą tam gdzie wolność ma swój dom… gromadząc w duszy piękno na ciężkie walki dni…

…znów w kleszczach z furią atakującej choroby, wykradam pojedyncze godziny, by choć w pobliżu, gdzieś obok, zaczerpnąć powietrza pachnącego bukietem zapachów późnej jesieni, by znów móc po prostu przed siebie iść / 12.08.2018 – zdjęcia od lewej: Wzgórze Hałcnowskie / widok ze Wzgórza Hałcnowskiego w kierunku miasta Bielska-Białej i Beskidu Śląskiego.

Kolejne dni wypełniła więc walka, nie tylko jednak z chorobą, ale i z wspomnianym urzędniczym murem, w ciągu kilu kolejnych dni szczęśliwie przetrwałem dwie komisje, a potem nadszedł czas zapłaty za wyjścia na nie w stanie złym. Tak dobrnęliśmy do połowy sierpnia, gdy kończę pisać te słowa mam za sobą dwa bardzo ostre ataki, oraz dwa 28 i 33 godzinne maratony, ale też i dwa krótkie wypady, znów w ukradzionych wieczornych godzinach, kto wie… może to zwiastun kolejnych lepszych dni?

…zachować jak najwięcej piękna, zatrzymać go na boju dni – Jezioro Żywieckie 03.08.2018 / Wśród kolejnych ataków choroby walczę by jak najpełniej wykorzystać każdą lepszą godzinę – tu podczas późnowieczornego na wpółdzikiego wypadu wiodącego z dolnej stacji KL Szyndzielnia przez zbocza Szyndzielni na Przełęcz Kołowrót, dalej Kozią Górkę do Olszówki – 16.08.2018

Zanim jednak one powrócą, uzbrojony w minione dobre chwile, żyjąc nadzieją że jest to tylko krótka fluktuacja, a nie to zasadnicze wielotygodniowe zaostrzenie – trwam i czekam, kontemplując doznane piękno, dzieląc się z Wami ostatnimi miesiącami mojego życia. Dziękuję za kolejną wspólną podróż, a przede wszystkim za to że od lat wielu z Was towarzyszy mi w tej wędrówce…

.


Sebastian Nikiel / U MNIE – wpis numer: 2 / 2018  aktualizacja: 25.08.2018 / strona 7/7