U MNIE 2-2013

U MNIE – wpis numer:  2 / 2013  aktualizacja: 29.03.2013

Nowe wcielenie potwora / długa walka…

Jesienią – 16.10.2012 roku, dokładnie w dzień po wyjeździe w góry na Romankę, zaczął się najdłuższy okres załamania trwający właściwie aż do teraz… Październik, Listopad, Grudzień, upłynęły pod znakiem zmasowanych ataków ze strony centralnego układu nerwowego. Oczywiście nie było to monolityczne pasmo ciągłego załamania, zdarzały się dni nieco mniej obciążające, w których czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi starałem się wyjść – wyrwać z domowego aresztu – pożyć…

Początek natomiast 2013 roku przyniósł nowe, dotkliwe pod kątem narzucanych ograniczeń, objawy… wszystko zaczęło się w sposób zupełnie nieprzewidywalny, ostry i niespodziewany… początkiem stycznia nabrzmiała prawa łydka, pojawił się ból, a tuż potem, kolejnego dnia, pękło duże naczynie krwionośne, pięknie przyozdabiając w kolorki skórę… doszło do powstania sporego obrzęku i stanu zapalnego. Pomijając ból, gdyż w odniesieniu do tego z jakim zmagam się na co dzień, był on jedynie „drobną utrudnieniem” pojawiło się spore ryzyko dalekosiężnych implikacji, ze względu na rodzinne obciążenia genetyczne chorobami zakrzepowymi.

zdjęcia od lewej: Początek stycznia 2013 – obrzęk i pęknięcie naczynia w łydce / Krwiak po pęknięciu naczynia na łydce

W tym stanie trafiłem do lekarza pierwszego kontaktu. Lekarz ten zna obciążenia jakie wymieniłem, toteż od razu napisał skierowanie na oddział naczyniowy, podejrzewając…zakrzepicę. Równocześnie włączono ostre leczenie przeciwzakrzepowe mające zapobiec możliwym powikłaniom, z udarem włącznie… trzonem takiego leczenia, zawsze są zastrzyki typu Clexane, wstrzykiwane w brzuch.

Tak zabezpieczony trafiłem do chirurga żylnego. Tam zaczęła się typowa gmatwanina, tak charakterystyczna dla boreliozy… wykonana diagnostyka, w tym: badanie Dopplera obu kończyn dolnych, badanie poziomu Delimerów w krwi, wstępnie wykluczyły ryzyko zakrzepicy. W obu nogach przepływy zostały zachowane, naczynia były drożne. Wydawało się więc że najgorsze zagrożenie w tym kontekście – zator, zostało wyeliminowane…choć oczywiście nie do końca gdyż badania takie wykazują tylko stan aktualny, nie stan zaszły, nie wykazują również zakrzepów zlokalizowanych w naczyniach, a które nie powodują zatorów, jednak nieco uspokoiło na pewno moje obawy… natomiast znów biorąc pod uwagę możliwe obciążenia rodowe (tendencja do zakrzepicy żył głębokich) lekarz postawił wniosek że może to być demonstracja czynnika który właśnie się ujawniał – trombofilii*(patrz opis choroby). Z takim rozpoznaniem wysłał mnie do kliniki w Krakowie w celu wykonania badań genetycznych, mających obalić lub potwierdzić to podejrzenie.

zdjęcia od lewej:Od czasu pierwszego incydentu naczynia stały się kruche, a nogi po każdym wysiłku brzękną / By zapobiec powikłaniom – wdrożono leczenie przeciwzakrzepowe (tutaj iniekcja zastrzyków Clexane)

Wdrożone leczenie, jak i wyniki badań, powinny teoretycznie zakończyć sprawę… szkopuł w tym że obraz kliniczny nie bardzo pasował do standardów, a sam lekarz z uporem ignorował moje słowa, w których informowałem go że ból sięga coraz wyżej – rwący ból żylny, oraz że objął obie nogi. Chodzenie już trudne, stało się jeszcze trudniejsze, gdyż nogi siniały, puchły, były ewidentnie niewydolne naczyniowo…cóż, ale badania tego nie potwierdzały… Mimo to nieco podniesiony na duchu, starając się stłamsić wewnętrzne wątpliwości co do toru postępowania, wracałem od chirurga do domu. Po powrocie „zaswędziała” mnie kostka…lekko się podrapałem i pod tym niewielkim naciskiem na moich oczach pękło kolejne duże naczynie, tym razem na lewej kostce… i tak legły w gruzach zapewnienia lekarza…oraz rozsypał się domek wstępnych teorii i domniemań…

Wkrótce po pierwszym incydencie, wbrew opinii lekarza doszło do kolejnego pęknięcia naczynia, tym razem na kostce lewej nogi…

Równocześnie od pewnego czasu pojawiły się coraz mocniej dokuczające bóle za mostkiem, skoki ciśnienia… generalnie starałem się je uparcie ignorować, gdyż wiem z doświadczenia że takie objawy są dość „popularne” wśród chorych na boreliozę, jednak gdy pojawił się problem z wydolnością oddechową, a kujący ból w klatce skutecznie uniemożliwiał nabranie pełnego tchu, co dodatkowo połączone z zaszłymi podejrzeniami zakrzepicy skłoniło mnie do podjęcia działań…

Wiec znów skierowania, podejrzenie zakrzepu płucno-sercowego, nowe pytania w głowie, szybkie szukanie kardiologa, badania… w ich efekcie udało się ustalić że serce – zacytuje tu słowa lekarza: „Serce to w tej chwili Pana najmocniejszy atut…” tak więc znów niestety, albo raczej „stety” szaleństwa te należy zapisać na rachunek boreliozy… to właśnie jedna z najbardziej typowych dla tej choroby sytuacji… jest ona bowiem niedoścignionym mistrzem maskarady, mogąc imitować dowolną z chorób, tak skutecznie, że najczęściej wprowadza w błąd większość ze standardowych lekarzy (standardowych – czyli w tym kontekście zaprzeczających wiedzy lekarzy ILADS na temat boreliozy), a ponieważ badania niczego nie wykazują, bo przecież wykazać nie mogą, gdyż szuka się nie tego co faktycznie jest przyczyną stanu chorego, sprawę się zamyka, a pacjenta zbywa… to typowe dla tej właśnie choroby że pacjent jest w fatalnym stanie klinicznym, a badania temu całkowicie przeczą…

Pogłębiające się incydenty bólowe, spadek wydolności, oraz zaburzenia ciśnienia i pracy serca zmusiły mnie do diagnostyki stanu serca – tutaj badanie aparatem Holtera

Na dzień dzisiejszy więc sytuacja wygląda więc tak że wiele wskazuje iż wszystkie mające miejsce problemy są nową formą tego samego szaleństwa, powodowanego przez aż nadto dobrze znanego wroga… nie wyklucza to oczywiście tego że mogło dojść do rozwinięcia trombofilii, co ostatecznie zostanie obalone, bądź potwierdzone po badaniach genetycznych w klinice, gdzie jednak terminy są, jak to w placówkach NFZ, lekko mówiąc „gumowe”…

Jedną z poważniejszych implikacji tych „nowości” było nałożenie odgórnego embarga na jakiekolwiek obciążanie nogi – nóg… w tym szczególnie na aktywność górską… abstrahując od faktu że same pozostałe objawy, w tym szumy, zawroty, hiper nadwrażliwość na bodźce dźwiękowe i ruchowe, skutecznie zatrzymywały mnie w areszcie domowym, nałożenie takiego embarga odbierało mi resztę wolności w tak rzadkich lepszych dniach… zrazu wprawiło mnie w to silną konsternację, oraz smutek… ryzyko jakim mnie straszono dotyczyło możliwego zerwania zakrzepu, oraz w przypadku zranienia zmasowane krwawienie co byłoby następstwem wdrożonego leczenia przeciwzakrzepowego…

I tak po raz kolejny znalazłem się między młotem a kowadłem, między ryzykiem a chęcią życia – wolności… sytuacja dodatkowo się komplikowała jako że w przypadku chorób kręgosłupa, decydujący wpływ na postęp choroby, oraz ból, ma aktywność fizyczna, chory kręgosłup bowiem jak nic innego nie znosi bezruchu… to szybko doprowadza do pogłębienia dystrofii mięśniowej, oraz znacznego nasilenia objawów bólowych… i tak też wkrótce zaczęło się dziać… z jednej strony więc miałem nałożony zakaz aktywności fizycznej, a z drugiej ostre wskazania do ruchu, który został przecież równocześnie zakazany…prawdziwa kwadratura koła. Zdawałem sobie sprawę że decyzji w tej sprawie nie podejmie żaden lekarz, stąd ostateczna należała do mnie – ryzykować lub pozwolić zamknąć się w czterech ścianach…

Odczekałem więc około półtora miesiąca, potem w dni nieco lepsze, pozwalające na granicy ryzyka na wyjścia „testowałem” możliwości i sprawność nóg, wpierw na krótkich spacerach, potem nieco dłuższych… aż w końcu 27.02.2013 szczęśliwie udało się mi wyrwać z tego zaklętego kręgu w góry, o czym więcej piszę poniżej… wypad choć krótki został okupiony dość srogim bólem, a same nogi wciąż nie sprawują się zbyt pozytywnie… nic to jednak, przetrwałem, a prorokowane niebezpieczeństwa nie ziściły się, co daje nadzieję że będę mógł wkrótce, jak tylko choroba ze swymi neurologicznymi objawami na to pozwoli, znów powrócić na szlaki, tym razem by mam nadzieję powitać w Beskidach wiosnę.

zdjęcia od lewej: Nocny spacer – Trzy Lipki 04.02.2013 / Małe Skrzyczne 27.02.2013

Wędrując myślą…

Mamy już wiosnę, przynajmniej tą kalendarzowa, gdyż temperatury jak i aura zdają się temu uparcie przeczyć. Pomimo jednak oporu zimy, na nic zdadzą się wkrótce jej wysiłki, słoneczko bowiem coraz wyżej, coraz dłużej przygrzewa…wkrótce więc się zazielenią, oraz kwietnym kobiercem przyodzieją łąki…nim to jednak nastąpi, nim kolor, nowe życie wypełni świat, nieco na przekór chciałbym jeszcze wspomnieć zimę…

Zima…dlaczego tak ją lubię? Dlaczego wolę surową biel i siarczysty mróz od morza barw pór letnich… pierwszy powód ma korzenie jak najbardziej medyczne. Wśród bogatego (acz niechcianego) arsenału chorób mi towarzyszących są astma, zespół jelita drażliwego, stany zapalne stawów, oraz alergia. Wszystkie to przypadłości lubują się właśnie w okresach przejściowych, zima – wiosna, lato – jesień… stawy wówczas boleśnie o sobie przypominają, znacznie intensywniej i częściej niż zazwyczaj, pojawiają się skręcające wnętrzności bóle, wszystko to jednak jest niczym, drobnym nieudogodnieniem w odniesieniu do problemów z wydolnością serwowaną przez astmę… wydolność oddechowa w tych przejściowych okresach spada o połowę, a czasem do 1/3, ledwo sił w płucach starcza by się nie zadusić… co rusz muszę posiłkować się sterydowymi lekami wziewnymi podawanymi przez nebulizator, a każdy spacer to wysiłek jak bieg maratoński…

Potem, po tym okresie, gdy wiosna zdecyduje się ostatecznie zagościć w końcu na dobre w naszym pięknym kraju, lub odwrotnie lato odejdzie zastąpiona jesienią, objawy te w większości się uspokajają, prócz jednak tych najbardziej uprzykrzających – astmy tu na tle alergicznym… jako że pyłki traw, drzew, to coś co wrogiem mi jest… w lecie natomiast, w dni upalne, czuję się jak zamknięty w piecu…

Wszystko to jednak nie oznacza że nie kocham zmian, wiosny, lata, czy jesieni…bynajmniej, uwielbiam je, zmiany te są odbiciem koła życia i śmierci, gdy po zimowym odrętwieniu wybuchają feerią barw, nowym, młodym życiem… gdy ziemia nagrzana słońcem pachnie trawą, ziołami, lasy o brzasku wilgotnym mchem, a pola dojrzewającym zbożem… tak kocham to wszystko i czerpię z tego siłę, ale zima…

Zima, to zdecydowanie najpiękniejsza dla mnie pora roku, prócz fizycznych „udogodnień”, lepszej kondycji, kocham jej czystą biel, stagnację, wszechogarniająca w górach ciszę… ten spokój i tysiąc skrzących się z lodu diamentów.

I inne jej oblicze…przypomniane niedawno, bo podczas krótkiego wypadu 27.02.2013 na Skrzyczne, oblicze pełne grozy, tajemnicze, wymagające i surowe… gdy chmury schodzą na ziemię, łącząc się z nią w furii natury, gdy wiatr tak silny że nie sposób ustać prosto, że wymusza postawą poddańczą, skuloną, gdy wyje pędząc w szale przez hale, targając białymi koronami świerków…

A ja – my, idziemy, wbrew wszystkiemu, wbrew rozsądkowi, idziemy – n a p r z ó d, wciąż naprzód… wokół znika cały świat, nie ma już świata w dole, cywilizowanego, dającego złudne poczucie bezpieczeństwa, kontroli, staje się on tyko niewyraźnym wspomnieniem, zagłuszanym przez ryk wiatru. Nie ma nic…jest tylko oddech, krew wściekle tętniąca w żyłach od wysiłku serca, jesteśmy tylko my – i natura… jej dzika drapieżna strona…

Krok, oddech, krok… próbujemy oddychać, wiatr wydziera nam tchnienie, to znów wtłacza nazbyt duże ilości lodowatego powietrza w zmęczone płuca… tysiące lodowych ostrzy, siecze bezbronne lica, a jednak, krok za krokiem – n a p r z ó d… i właśnie wówczas nadchodzi ta magiczna chwila, gdy pojawia się ryzyko, gdy rosną wymagania natury wobec nas samych, gdy na nic grubość portfela, który tam tylko balastem się staje, na nic stanowiska, zaszczyty, czy ultra droga odzież… liczy się wyłącznie to jakiego ma się ducha, jakie doświadczenie, oraz determinację by przetrwać – magia… taka właśnie bowiem aura, taka natury furia, obdziera nas z wszystkich nakładanych na co dzień masek, pozostaje wyłącznie samo jądro naszego prawdziwego jestestwa, z jej wszystkimi wadami i zaletami. Za to kocham i to oblicze zimy… za to że wymaga od nas bezwzględnej determinacji, oraz czystego nie fałszowanego wygodami współczesności, oraz maskami, człowieczeństwa… tak… kocham to.

*     *     *

Zapraszam serdecznie do oglądnięcia krótkiego filmu, powstałego na kanwie powyższych myśli, oraz obrazów i klipów zarejestrowanych podczas wypadu na Skrzyczne 27.02.2013 ukazującego inne, nieco bardziej wymagające oblicze zimy…

Zima – wspomnienia…

Jak dziś pamiętam… głęboka, wyjątkowa śnieżna i mroźna zima. Zakopane, miałem wówczas kilkanaście lat. To był mój pierwszy samodzielny wypad w Tatry zimą. Niesiony młodzieńczą buta i wiarą w niezniszczalność ciała, ruszyłem na Giewont. Już powyżej Hali Kondratowej wpadam w zaspy powyżej półtora metra, miejscami grubość śniegu miała nawet kilka metrów, z dorodnych świerków tylko kilkunastu centymetrowe ich czubki wystawały ponad biały całun. Nic to…idę dalej, krok, upadek, znów kilka minut mozolnie gramolę się w górę, próbując uczynić kolejny krok, wreszcie go robię, tylko po to by znów zapaść się w biały puch… determinacja – naprzód…to jedyny kierunek.

Były to czasy gdy dzisiejsza zaawansowana odzież znana była głównie z kolorowych zachodnich czasopism, gdy tylko słyszało się o takiej… naprzód… więc walka, więc idę… ubrany w bawełniane getry, dżinsy, na nich lekko ocieplane ortaliony, wojskowa kurtka zwędzona Tacie, nieco zresztą za duża, czapka wełnianka, ciężka od zamarzniętego potu… rękawiczki tak samo, na nich drugie rosyjskie z cienkiej skóry, buty… z nieistniejących już zakładów „Podhale” skóra, lecz ciągnąca wilgotność jak bibuła… nic to naprzód.

Minuty walki z zaspami zmieniają się w kwadransy, potem godziny… późno już, a ja dopiero na siodle pomiędzy Kondracką Kopą, a Giewontem… szybki rachunek, jeśli zejście zajmie mi tyle samo czasu…nie zdążę przed zmrokiem… lecz co to? Po tak dużym wysiłku, walce zawrócić? Gdy szczyt na wyciągnięcie ręki? Nie… więc znów naprzód, tu już bez zasp, bez nieustannego wykopywania, za to po zmrożonej i skrzącej się tafli…bez raków.

Natura jednak nie poprzestaje poddawać mnie kolejnym próba…niebo pociemniało, przybierając groźną ciemno siną i stalową barwę… zerwał się wiatr… wpierw powoli z minuty na minute jednak gwałtowniej chmury opadają na szczyt, przelewając się już przez siodło, niczym potwór, wąż mityczny skrada się, zbliżając do mnie, więc szybciej, do góry, na szczyt, nim mnie dosięgnie, nim odbierze wzrok, nim skryje ścieżkę…

W połowie drogi pod kopułę szczytową Giewontu… oddech zamarza w płucach, powietrze zdaje się ciąć jak skalpel ich wnętrze, sypiący wściekle śnieg bombarduje bezlitośnie, w końcu po tysiącu lodowych igieł przestają czuć… to dobrze, choć może jednak źle? Nieważne to teraz – teraz jest tylko góra, ja i wysiłek – n a p r z ó d… krok za krokiem, naprzód… aż w końcu jest – szczyt…

I wówczas już wiem…pokonałem nie górę, nie zdobyłem tylko tego szczytu… pokonałem własne lęki, oraz słabość chętnemu poddaniu – ciała… sięgnąłem tam gdzie nigdy wcześniej, odnalazłem siły tak gdzie nie wiedziałem że one są…na dnie swego jestestwa.

Pora wracać… jednak jakże odmieniony, pewny że siła ta najprawdziwsza zawsze pochodzi z wnętrza, oraz że póty oddech trwa, póty krew w żyłach krąży – zawsze jest nadzieja i że nie istniej słowo nie dam rady, czy że się nie da…

Okruchy przeszłości…

Miałem kilka latek, może około dziesięciu…był weekend, tego dnia Tata zabrał mnie na wycieczkę na Pilsko. Wówczas jeszcze nie byłem na tym szczycie, błędem byłoby jednak powiedzieć że tryskałem zapałem na ten wyjazd… jak to dzieciak „zmęczony” szkolnymi obowiązkami, a przede wszystkim porannym wstawaniem chciałem nieco dłużej pospać…toteż z kwaśną miną i raczej ponurym nastrojem wyruszyłem z domu.

Pogoda była piękna, niebo błękitne, dziś nie pamiętam już jaka była to pora roku, jednak ze zachowanych w pamięci wspomnień można wnioskować że wczesna wiosna, gdyż na dole było bardzo ciepło w górach natomiast szliśmy grubo ubrani, z czapkami włącznie, pamiętam też w miarę zbliżania się do Pilska coraz większe łaty brudnego śniegu.

Szliśmy dość popularną trasą z granicznej przełęczy Glinne, czerwonym szlakiem w kierunku Schroniska na Hali Miziowej, a dopiero stamtąd na szczyt Pilska. Dziś zapewne poszlibyśmy wprost na szczyt, poruszając się słowackim niebieskim szlakiem, jednak wówczas… no cóż, wiadomo jakie były to czasy, natychmiast by nas aresztowała służba graniczna zaprzyjaźnionego  socjalistycznego kraju.

Pomimo że szlak mi się podobał, nie przeszkadzało mi to zrzędzić, narzekać i użalać się nad swym strasznym losem że muszę się tak męczyć zamiast leżeć w łóżku… w końcu dotarliśmy do schroniska. Stamtąd po krótkiej przerwie ruszyliśmy na szczyt. Jako podrostka przerażał mnie ten olbrzymi masyw, no może nie on sam, jak konieczność pod niego wychodzenia… i znów z nogi na nogę, powlekłem się sapiąc i narzekając za milczącym Tatą…

I wówczas wydarzyło się coś na zawsze odmieniło moje podejście do gór i wysiłku… byliśmy już w połowie podejścia gdy po raz kolejny zatrzymałem się żądając odpoczynku. Kątem oka spostrzegłem jakąś niezwykłą postać, która zmierzała w tym co my kierunku – na szczyt… i Tata przez chwilę się przyglądał, lecz nie tej postaci tylko mi…

W końcu turysta zbliżył się do nas, był to niepełnosprawny mężczyzna z kruczoczarną brodą, jego obie nogi były…na wpół sparaliżowane, wlókł je za sobą spięte poniżej kolan skórzanym paskiem podciągając się na kulach… w ułamku sekundy zrobiło mi się wyjątkowo gorąco, wręcz zlał mnie pot, a zaraz potem poczułem jak fala ciepła zalewa mi twarz, a uszy płoną… Spojrzałem w dół, na własne – zdrowe i pełne sił nogi… już wiedziałem… Turysta zbliżył się do nas przystając. Wsparty na kulach przywitał się górskim „Dzień dobry” i spojrzał na mnie…ja sam unikałem jak mogłem jego spojrzenia, przecież już wiedziałem… On natomiast powiedział:

„Idąc za Tobą usłyszałem jak strasznie narzekasz… widzisz chłopcze ja znów tak strasznie narzekam że iść nie mogę, oddałbym wiele by móc jak ty wejść na własnych zdrowych nogach na ten szczyt, a pomimo to i tak się cieszę że nadal pomimo mego stanu tu jestem…”

Te słowa…ja wiedziałem…jak głupio się zachowywałem…jak wiele mam, a ten człowiek niewiele, ale to On, a nie ja tak bardzo się cieszył z tego że tu jest – że może tu być… te słowa na zawsze zapadły mi w pamięci, na zawsze zmieniając moje podejście do wysiłku, od tamtej chwili, zawsze kiedy nachodziła mnie ochota na narzekanie natychmiast przypominałem sobie jak wiele mam i jak wielu chciałoby mieć moje ówczesne możliwości… od tamtej chwili przestałem traktować zdrowie jako pewnik – jako oczywistość…

*    *    *

Paradoksem losu jest że dziś to ja bywam takim przykładem dla narzekających dzieci… że to mnie rodzice wskazują w górach jako człowieka takiego samego jak ten z mojego dzieciństwa… ironia życia… może jednak i taką żywię głęboką nadzieję dla niektórych z tych właśnie dzieci będzie to moment tak ważny jak było dla mnie tamto opisane spotkanie, gdy wszystko zobaczyłem w innym świetle…

Wieści ze strony – nowy dział…

Początkiem marca zakończył się pierwszy, niejako pilotażowy konkurs, jaki został przeprowadzony na łamach mojej strony, był to konkurs „Jaki to szczyt?”. Pytanie konkursowe dotyczyło identyfikacji szczytu, który został wykorzystany w projekcie loga mojej witryny. Data jego zakończenia, była równocześnie datą inauguracji nowego działu witryny – „Konkursy”, w całości przeznaczonego dla konkursów jakie mam nadzieję w przyszłości organizować.

Już dziś zdradzić mogę że wkrótce, bo za kilka dni oficjalnie zostanie podana informacja, oraz udostępnione zasady uczestnictwa w nowym konkursie. Tym razem będzie to konkurs fotograficzny, adresowany do wszystkich fotografujących, zarówno prostymi kompaktami, czy też lustrzankami, amatorów jak i profesjonalistów – serdecznie zapraszam do wspólnej zabawy, dla zwycięzców przygotowałem ciekawe nagrody rzeczowe 🙂

Przypisy:

  • Trombofilia – wrodzony lub nabyty zespół chorobowy charakteryzujący się zwiększona skłonnością do tworzenia zakrzepów żylnych lub rzadko tętniczych spowodowaną zaburzeniami w układzie krzepnięcia (info pl.wikipedia.org)
  • Aparat Holtera – www.zdrowie.gazeta.pl
  • Pełen album zdjęć z zimowego wypadu w Tatry w roku 1995 – http://s-nikiel-mojegory.pl/galeria%20albumy/1995/tatryzima95/index.html
  • Nowy dział witryny – „Konkursy”http://zyciepisanegorami.pl/konkurs

Sebastian Nikiel / U MNIE – wpis numer: 2 / 2013  aktualizacja: 29.03.2013