U MNIE 1-2018

U MNIE – wpis numer:  1 / 2018 aktualizacja: 05.02.2017 / strona 2/2

Pomimo konsekwencji, na przekór chorobie, by zaczerpnąć z czary życia…

Pewną oczywistością, o której jednak łatwo zapomnieć w ferworze walki z chorobą czy cierpieniem, jest ten prosty fakt że jeśli ulegniemy pokusie akceptacji narzucanych chorobą ograniczeń, biernego akceptowania jej zasad, nieubłaganie zaczniemy się staczać w otchłań własnego cierpienia. To zawsze bardzo niebezpieczna sytuacja prowadząca do stopniowej degradacji i unicestwienia, jednak największy jej paradoks polega na tym że postępując w ten właśnie sposób, poddając się dyktatowi, nie szukając możliwości – tych jakie jeszcze nam zostały, robimy wielką przysługę samej chorobie. Ułatwiamy jej zadanie pozwalając na znacznie szybszy postęp.

Pomimo trudu, pomimo znoju… bo warto walczyć, na przekór chorobie, wbrew jej woli zniszczenia wszystkiego co nam drogie i piękne, od lewej: Beskid Śląski, Hala Skrzyczeńska 18.10.2017 / Dolina Zimnika, nad potokiem Leśna 24.06.2016

Właśnie dlatego, pomimo że nie jest to łatwe, szczególnie gdy walka trwa wystarczająco długo by zbliżyć nad do granic naszej indywidualnej wytrzymałości, wbrew i na przekór chorobie, należy walczyć o każdą dobrą chwilę, walczyć o wypełnienie czasu dobrymi rzeczami, doświadczeniami, wspomnieniami, tak by pomimo wszystko wyrwać jej tyle ile tylko się jeszcze da… tak to trudne, tak bardzo często i ja sam mam ochotę ulec marazmowi i wywiesić białą flagę, ale ta właśnie myśl że to nie tylko mi nie pomoże, ale przyda sił chorobie, pozwala mi trwać w oczekiwaniu na kolejną okazję do wyrwania się poza dom.

zdjęcia od lewej: …jakże wiele z moich prób wyjść kończę klęcząc przy łóżku, walcząc z bólem i zawrotami głowy, a jednak pomimo wszystko, warto trwać i czekać na te chwile które pozwolą wyrwać się z objęć choroby i powrócić na łono tak drogiej mi natury – powrócić w góry! Tu po prawej na terenie nieczynnego leśnego amfiteatru w Lipniku u podnóża Beskidu Małego 11.11.2017

Często gdy dotyczy to wydarzeń, spraw, których nie sposób przełożyć, gdyż termin ten nie jest zależny od mojego wyboru, cena za takowe bywa nader sroga, to jednak właśnie wówczas ból ten „pakuję” w umyśle do przerobienia na później. Wśród takich wyjść które miały właśnie miejsce w trakcie zaostrzeń, było bardzo mi miłe wydarzenie, na które czekałem od dawna – spektakl na małej scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej pod tytułem „Wanda”.

…czasem ból, zmęczenie, długie bezsenne doby spędzone na walce z nim są tak uporczywe że upadam wątpiąc, szukając tego słabego światełka w tunelu pozwalającego trwać, czasem bywa to niezmiernie trudne… ale gdy powracam na szlak jak tu na zdjęciu po prawej, w moje ciało wstępują nowe siły, a serce przepełnia radość że wciąż mogę, że wciąż mimo wszystko jestem – tu na niebieskim szlaku z Lipnika na Gaiki, Beskid Mały 11.11.2017

Wydarzenia zdawać by się mogło nie warte aż tak dużego akcentowania, ot wyjście do teatru i tyle… a jednak, tu bowiem powraca na scenę demoniczny objawy, tudzież hiper nadwrażliwość na bodźce. Jak to na wstępie było już poruszane, jest to wynik złej pracy centralnego układu nerwowego, tudzież mózgu, źle reagującego (nadpobudliwie) na zwyczajne dla zdrowych ludzi bodźce. Ekspozycja na głośniejsze dźwięki, dynamiczne bodźce wzrokowe, a w szczególności w okresie zaostrzenia, fizycznie sprawia wrażenie nokautu pięściarza okładającego głowę, przy tym bardzo szybko rozwijają się też zaburzenia słuchu, równowagi, potem zmasowany ból głowy, aż utratę przytomności. W takiej sytuacji łatwo zrozumieć dlaczego to wydarzenia miało dla mnie znaczenie szczególne, oraz dlaczego od wielu lat nie byłem w teatrze.

Nie trzeba od razu wyjeżdżać w dalekie podróże, by móc odnaleźć piękno… tu od lewej: Beskid Śląski, szlak na Kozią Górkę (Stefankę) z Olszówki 11.10.2017 / Olszówka, Cygański Las 15.10.2017 / Cygański Las, szlak na Kozią Górkę 11.10.2017

Ludzie mający góry w sercu od razu też z pewnością się domyślili dlaczego na ten konkretny spektakl uparłem się tak bardzo by iść… był on dla mnie wspaniałym, bez warunkowo wartym tego poświęcenia przeżyciem, jednak jako że wątek ten chciałbym nieco rozwinąć więcej o nim będzie niżej. Powróćmy teraz jeszcze do wiosny, gdyż i tam spotkało mnie takie miłe wydarzenia, szczęśliwie w lepszym nieco stanie mogołem w nim uczestniczyć, był to finał konkursu „Pocztówka z Bielska-Białej” w którym miałem zaszczyt uczestniczyć po raz pierwszy, gdzie ku mojemu zaskoczeniu jedno z moich zgłoszonych zdjęć zostało wyróżnione drugim miejscem w kategorii osób dorosłych.

Wyróżnienia w konkursach, uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych, to wspaniałe dopełnienie pasji i nie idzie tu absolutnie o laury, o oklaski, czy nagrody – lecz o świadectwo bycia, o poczucie doceniania, oraz spełnienia, jednym z takich miłych wydarzeń było wyróżnienie w konkursie „Pocztówka z Bielska-Białej” organizowany przez MDK Olszówka, gdzie jedno z moich zdjęć zostało wyróżnione II nagrodą…

Wyróżnienie to stało się mi bardzo bliskie, gdyż w konkursie brało udział wiele osób niepełnosprawnych, którzy sami, lub przy wsparciu opiekunów przygotowali doprawdy wspaniałe prace plastyczne. Było to wydarzenie ze wszech miar motywujące i budujące, mam nadzieję że i w tym roku dane mi będzie w nim uczestniczyć. Kolejne miesiące przyniosły nowe pozytywne wieści, okazało się że po raz kolejny moje fotografie zostały zakwalifikowane do udziału w wystawie pokonkursowej XXXVII Międzynarodowego Konkursu Fotograficznego im. Jana Sunderlanda „Krajobraz Górski 2017”.

Po lewej wyróżnione II miejscem w konkursie „Pocztówka z Bielska-Białej” zdjęcie przedstawiające ratusz miejski w Bielsku-Białej / jedno z moich zdjęć zakwalifikowanych do udziału w wystawie pokonkursowej XXXVII Międzynarodowego Konkursu Fotograficznego im.

Gdy lato miało się ku schyłkowi, a świat okrywało wczesnej jesieni złoto, tradycyjnie można już chyba rzec, uczestniczyłem w gali rozdania nagród w konkursu fotograficznego „Bielsko-Biała Fascynuje 2017” gdzie jury konkursowe nagrodziło jedno z moich zdjęć pod tytułem: „Pod nocnym niebem…” wyróżnieniem. Również ten konkurs zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, gdyż jego przesłaniem jest promowanie piękna rodzimego mi Bielska-Białej.

zdjęcia od lewej: nagrodzone wyróżnieniem w konkursie „Bielsko-Biała Fascynuje 2017” zdjęcie pod tytułem „Pod nocnym niebem…”

Nie długo potem, ponownie startując w tym wydarzeniu po raz pierwszy, zostałem zaproszony na kolejną galę finalną konkursu fotograficznego „Kozy, Kozianie – zapis subiektywny 2017”, gdzie, mając świadomość że w puli jest wiele wspaniałych fotografii nie liczyłem na żadne wyróżnienie. Tym bardziej że właśnie wówczas, gdy powinienem rejestrować zdjęcia na ten konkurs, gdy w głowie zakwitły nigdy nie zrealizowane zdjęciowe plany, pojawiać zaczęła się ta trwająca do dziś fatalna w skutkach nowa dynamika choroby. Początki tej zmiany były bardzo trudne, drastycznie bowiem wydłużyły się okresy zaostrzenia, wzrosła agresywność ataków, a dni lepszych było coraz mniej… łącząc to z nieprzyjazną aurą, trafienie w jednym czasie w dni gdy choroba się cofa, a równocześnie aura była sprzyjające było praktycznie niemożliwym, to niczym gra w totolotka z losem, gdzie szóstką byłoby trafienie w taką pozytywną sytuację…

Pierwsza z prób wyjazdu do pobliskiej gminy Kozy skończyła się szybkim wymuszonym odwrotem po wykonaniu zaledwie kilku fotografii, tu po lewej jedna z nich przedstawiająca wejście do parku przy Pałacu Czeczów / Dopiero za trzecim razem udało mi się wstrzelić w te tak rzadkie chwile łączące reemisje choroby, z bardziej sprzyjającą aurą – bardziej, acz wciąż nie sprzyjającej realizacji pierwotnych planów fotograficznych, jednak obdarowując mnie za to wspaniałym spektaklem jesiennych złotych i pastelowych barw, oraz fantazyjnych obłoków pędzących ponaglanych przez silny wiatr po niebie… podczas tego wypadu mającego miejsce 09.10.2017 szczęśliwie dotarłem do nieodwiedzanego od wielu lat, wyjątkowo malowniczych pozostałości po dawnym kamieniołomie. Tu po prawej widok z rejonu kamieniołomu na Kozy i ościenne gminy…

Niestety nie dane mi było trafić w te połączone okoliczności, znów więc musiałem działać w mojej „czerwonej strefie” czyli na krawędzi ryzyka ostrej zapaści, w złym stanie ogólnym. Nic to jak wiecie ból spakowany został na potem, wiarę pokładając w najwyższego opiekę, ruszyłem w teren… pierwsze podejście skończyło się jednak bardzo szybko, niedługo po opuszczeniu BUS-a w wyniku wystawienia się na oddziaływanie ostrych bodźców dźwiękowych płynących z zatłoczonych ulic, doszło do rozwinięcia się zawrotów głowy… jednak ja jak to ja, nawet wówczas nie miałem zamiaru zabastować, pomimo pijanego kroku nadal próbując fotografować, tu chyba najwyższy Gazda ukrócił te niebezpieczne igraszki spuszczając na mnie ulewę, co definitywnie wymusiło odwrót.

Druga, również zakończona wymuszonym odwrotem próba odwiedzin w Kozach zaowocowało kilkoma nocnymi fotografiami parku i pałacu Czeczów, jak ta po lewej, gdzie widać zabytkową, dziś unikatową już budowlę „lodownie” gdzie dawno temu przechowywano lód używany następnie do chłodzenia artykułów spożywczych, jak i ich ochrony przed zepsuciem / Po prawej widok na gminę Kozy z rejonu dawnego kamieniołomu w Kozach, fotografia zarejestrowana podczas trzeciego, wreszcie udanego wypadu 09.10.2017

Również druga próba nie zaowocowała zbyt dużą ilością zdjęć, również wówczas zakończyło się to odwrotem do domu w trybie awaryjnym, dopiero trzecia okazała się fizycznie udana, tudzież mój organizm pozostał w miarę sprawny, za to nie dopisała aura… wiał bardzo silny porywisty wiatr skutecznie uniemożliwiając mi wykonanie zaplanowanych ujęć na bardzo długim czasie otwarcia migawki. Jak wszystko jednak w życiu i ta sytuacja miała swoje dwa oblicza, ten sam przeszkadzający w pracy wiatr, był równocześnie sprawcą niezapomnianego pokazu barw na wieczornym niebie. Pędzące bałwany obłoków, okraszone złotem i purpurą, a wszystko to wśród pięknych jesiennych barw, w miejscu którego nie odwiedziłem od wczesnego dzieciństwa, tudzież pozostałością po dawnym kamieniołomie u podnóża Beskidu Małego.

…nigdy bardziej nie smakuje wolność, nigdy bardziej nie cieszy każdy z tysięcy demonstracji piękna natury niż po długich tygodniach zmagania z chorobą, czasie gdy pozostaję zamknięty w domu – Kozy Kamieniołom 09.10.2017, po prawej widok na malowniczy staw powstały w dawnym wyrobisku kamieniołomu

Podsumowując te wszystkie czynniki, nie mogłem się spodziewać niczego na gali, a jednak! Jednak jury bardzo pozytywnie mnie zaskakując wyróżniło dwa mojej zdjęcia, odpowiednio miejscem III i IV, serdecznie dziękuję jury za tak przychylną ocenę. Jak wspominałem uczestniczyłem w tym konkursie po raz pierwszy i od razu urzekła mnie niezwykle przemyślana jego organizacja, metodologia oceny prac, oraz przebieg gali finałowej, z pewnością jeśli to będzie możliwe, tudzież znów choroba wespół z czynnikami zewnętrznymi nie postanowi inaczej, spróbuje uczestniczyć w nim ponownie.

Kozy Kamieniołom 09.10.2017, po prawej widok na gminę Kozy

Tak docieramy ponowienie do miejsca z którego rozpocząłem tą opowieść, tudzież grudnia 2017 roku… okresu niezwykle trudnego, pełnego zajadłych ataków, a równocześnie wielu wyjść, niektórych wymuszonych, w tym wizyt lekarskich, ale w większości z premedytacją, na przekór chorobie, by… no właśnie, by po postu żyć, wbrew wszystkiemu, wbrew chorobie. Ostatnim takim ważnym wydarzeniem, mającym miejsce właśnie w grudniu była po raz drugi nominacja do gali konkursu „Sukces nie zna barier 2017” organizowanym przez Urząd Miejski w Bielsku, który był częścią obchodów „XXVI Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych” (artykuł relacjonujący to wydarzenia znajdziecie tutaj>>).

Zważając na obfitującą w ostre ataki choroby jesień, co przełożyło się na brak możliwości wyjść w plener, była dla mnie wielkim i radosnym zaskoczeniem decyzja jury konkursu „Kozy, Kozianie – zapis subiektywny 2017” które wyróżniło moje fotografie III i IV miejscem… tu podczas gali wręczenia nagród w Domu Kultury z Kozach 11.11.2017

Z oczywistych względów wydarzenie to jest mi szczególnie bliskie, jest to bowiem wyjątkowe święto – dzień w którym światu przypomina się o nas, o ludziach walczących ze swym losem, z chorobami, z narzucanymi przez nie ograniczeniami. Jest to konkurs, wyróżniający osoby które potrafią wznieść ponad te ograniczenie i jakże pięknie afirmować na wielu poziomach życie. Wśród takich osób, przekraczających granice znajdziemy artystów, ludzi gór, sportowców, działaczy społecznych, którzy nie wspomniawszy o sobie walczą o innych… to duży zaszczyt móc stanąć z nimi w jednym szeregu, oraz otrzymać tak piękne wyróżnienie – świadectwo pamięci o nas, świadectwo doceniania jakże często trudnej drogi…

Po lewej z Żoną podczas gali wręczenia nagród w konkursie „Kozy, Kozianie – zapis subiektywny 2017”, po prawej jedno z moich biorących udział w konkursie zdjęć – zachód słońca nad Małymi Kozami

Po lewej malowniczy staw w dawnym wyrobisku w Kozach Kamieniołom, zdjęcie nagrodzone III nagrodą w konkursie „Kozy, Kozianie – zapis subiektywny 2017”, po prawej mostek prowadzony do przy parku przy pałacu Czeczów w Kozach – zdjęcie to wyróżniono w tym konkursie IV nagrodę – serdecznie dziękuję całemu jury konkursowemu…

Wydarzenie to okraszone zwyczajowo bogatym programem artystycznych, w tym koncertem w wykonaniu Big Bandu Państwowej Szkoły Muzycznej im. S. Moniuszki w Bielsku-Białej, który zagrał dla słuchaczy między innymi najpiękniejsze amerykańskie kolędy, znany i bardzo trudny wokalnie utwór Louisa Armstronga „What a Wonderful World” i inne piękne kompozycje. Przeżycie wspaniałe, przeżycie tak rzadkie w moim pełnym wymuszonej izolacji życiu, ale też jak się pewnie domyślacie okupiony bardzo wysoką ceną, stanem bliskim utraty przytomności i zmasowanym bólem. Czy było więc warto? Oczywiście że tak, ból przeminął, a piękne wspomnienia dziś trwale wpisane są w moje jestestwo.

Gala konkursu „Sukces nie zna barier 2017” organizowanego przez Urząd Miejski w Bielsku, który był częścią obchodów „XXVI Międzynarodowego Dnia Osób Niepełnosprawnych” – było dla mnie ogromnym zaszczytem móc stanąć w jednym szeregu z tak wieloma wybitnymi osobami, które pomimo różnego rodzaju ograniczeń narzucanych niepełnosprawnością, przełamują każdego dnia stereotypy i bariery… / zdjęcia pobrane ze strony Urzędu Miejskiego miasta Bielska-Białej

Pomimo wszystkich wyprowadzonych przez chorobę ciosów, pomimo tylu pułapek i dziesiątek ataków, z całą pewnością rok 2017 miałem też i swoje piękne oblicze – budowane również przez tak miłe wydarzenia, gdzie nigdy nie idzie o oklaski, ani nagrody, lecz o świadectwo bycia, o poczucie doceniania, oraz spełnienia. Pomimo że cena bywała bardzo sroga, że wielokrotnie miałem ochotę odstąpić, schować się w czarnej dziurze zmęczonego umysłu, bezsprzecznie było warto czasem działać w „czerwonej strefie” – to dzięki temu właśnie dziś mogę myśleć nie tylko o tych niezliczonych dniach ataków, ale o tylu wspaniałych chwilach…

Jakże często za sukcesami osób niepełnosprawnych stoją cisi bohaterowie – ich bliscy… tu po lewej moja Małżonka podczas okolicznościowego poczęstunku po gali konkursu „Sukces bez barier 2017” – w środku i po prawej otrzymana podczas gali statuetka laureata konkursu…

Spektakl „Wanda” – powrót do korzeni…

Pora powrócić do wcześniej rozpoczętego wątku… prócz samej radości i wzruszenia spowodowanego możliwością powrotu do teatru, do uczestnictwa w tym jakże zupełnie innym od kina wydarzeniu, gdzie odczuwa się bezpośredni związek i bliskość z narracją, z akcją rozgrywaną przez aktorów, ten wyjątkowy spektakl – monodram pod tytułem „Wanda” miał dla mnie znacznie szczególne, wymiar głęboko osobisty. Jak wszyscy ludzie gór z pokolenia przejściowego pomiędzy upadkiem komunizmu, a odrodzeniem demokratycznej polski, wychowałem się na niepowtarzalnych ikonach himalaizmu, tudzież Jerzym Kukuczce, Annie Czerwińskiej, Wojtku Kurtyce, Leszka Cichego, Reinholda Messnera, czy właśnie Wandy Rutkiewicz… i ta ostatnia, postać podobnie jak Jurek nietuzinkowa, nie dająca się zamknąć w określonych ramach zachowań, czasem kontrowersyjna, niedopowiedziana i chyba nigdy tak do końca nie poznana była bohaterką monodramu gdzie w rolę Wandy wcieliła się Anita Jancia-Prokopowicz.

…było dla mnie wielkim wydarzeniem móc powrócić do teatru, szczególnie na niezwykły spektakl pod tytułem „Wanda” gdzie Anita Jancia-Prokopowicz w niezwykle piękny sposób, pełny dynamiki, oraz charyzmy przedstawiła życie jednej z ikon polskiego himalaizmu na którym wielu ludzi gór się wychowało – Wandę Rutkiewicz / po prawej oficjalny plakat spektaklu „Wanda” – strona spektaklu

Aktorka pochodząca z naszego miasta, z naszej beskidzkiej ziemi i podobnie jak wielu z nas mające góry – miłość do nich trwale zapisane w duszy. Monodram prowadził nas przez kolejne lata życia Wandy Rutkiewicz, przez większość kluczowych wydarzeń kształtujących jej osobowość, postawę wobec świata, ludzi i gór. Sposób w jaki Anita Jancia-Prokopowicz oddała emocje, życie, usposobienie himalaistki, niezwykła dynamika gry, oraz ekspresyjność, kreująca u widza szeroki wachlarz silnych emocji, sprawił że miałem wrażenie jakbym rzeczywiście uczestniczył w życiu – w bólu i radości Wandy…

Oczywiście wiele przedstawionych wątków było interpretacją, domniemaniem, scenarzystki, nie ma bowiem dziś możliwości odtworzenia pełnego obrazu życia, a tym bardziej uczuć i myśli Wandy, nie zmienia to jednak faktu że zdecydowana większość z przedstawionych wydarzeń miała mocno osadzone w rzeczywistości podwaliny. Chciałbym tu jednak podkreślić że bez względu na to jakby nie był to wspaniały scenariusz, bez odpowiedniej aktorki, bez umiejętności wejścia w duszę Wandy, nie byłyby on niczym więcej niż kolejną próbą ujęcia jej złożonej osoby przez pryzmat sztuki. To właśnie Anita Jancia-Prokopowicz sprawiła że scenariusz ten zaczął żyć, jej gra, emocjonalność, trafiła w głęboko skrywane w mojej duszy dawne marzenia, oraz… żal po ich utracie.

zdjęcia od lewej: Wanda Rutkiewicz podczas pierwszych wspinaczek na Krzywej Turni w Sokolikach – lata 70 XX wieku, zdjęcia pobrano z zasobów Wikipedii, autor: Seweryn Bidziński / …pomimo że nie dane mi było móc rozwinąć skrzydła górskiej pasji, nie dane było mi sięgnąć wysokich szczytów, góry na zawsze wpisane są w moje jestestwo – rejon za Kopą Skrzyczeńska 18.10.2017

Pozwólcie że nieco tą właśnie kwestię rozwinę, zanim choroba ostatecznie zniszczyła moje wcześniejsze życie – wcześniejsze możliwości, wychowany od małego szkraba w górach, rosnąc na himalajskich opowieściach, od zawsze marzyłem że kiedyś, dane mi będzie samemu sięgnąć może nie równie wysoko, ale poznać Alpy, Taury, Dolomity, czy wymarzony Ural i Kaukaz… tak, tak marzenia młodego człowieka, ale czy wszak to nie tak zaczyna się zdecydowana większość poważnych górskich dróg? Potem jednak przyszło życie, to codzienne ciężkie życie. Gdy wszystko zaczyna się od absolutnego zera, gdy wszystko trzeba budować od samych podstaw, wynajmować pierwszy kąt, tyrając na kilka etatów… wówczas jak wielu wie z własnego doświadczenia marzenia, szczególnie tak odległe, zdające się w zderzeniu z rzeczywistością wręcz surrealistyczne, zawsze przegrywają z rzeczywistością.

I tak lata mijały, a ja wciąż odkładałem je na potem, na chwile gdy oboje z Żoną okrzepniemy w naszym nowym wspólnym życiu. Wszak byłem wciąż młody, wciąż pełen sił, pomimo w skryciu już toczącej mnie choroby, okresowo w różnoraki sposób demonstrującej swą obecność, aż nastał ten dzień gdy wszystko się zmieniło, a marzenia legły w gruzach. Wpierw w naturalnym, obronnym umysłu odruchu wyparcia, znów odkładane na potem, aż miesiące zlały się w lata, a dawne możliwości odeszły…

zdjęcia od lewej: siodło pomiędzy Malinowską Skałą, a widocznym po prawej Malinowej, Beskid Śląski 18.10.2017 / …kolejne z moich zdjęć nominowanych do udziału do udziału w wystawie pokonkursowej XXXVII Międzynarodowego Konkursu Fotograficznego im. Jana Sunderlanda „Krajobraz Górski 2017” – fotografia wykonana na krawędzi Hali Skrzyczeńskiej, na drugim planie po lewej widać Malinowską Skałę

Na ten grunt trafiła właśnie ekspresyjna gra Anity Janci-Prokopowicz, zrywając więzy skrywające w sercu te dawne marzenia… tu żalu falą przelały się nad rozsądkiem dawne wspomnienia, z lat dzieciństwa gdy z zapartym tchem śledziłem relacje o Wandzie, niewiele wciąż rozumiejąc, pojmując obrazami, te góry, te himalajskie olbrzymy i ona… a potem po jej śmierci rosnąc już bardziej świadomie na olbrzyma postaci – Jurka Kukuczki. Ta fala wdarła się do jestestwa, krzycząc wyrzutem niewypowiedzianego żalu… trudno było powstrzymywać łzy, w szczególności właśnie dlatego że gra Anity Janci-Prokopowicz była tak bardzo porywająca i szczera. W półmroku widowni, zresztą nie tylko ja z nimi walczyłem, tu i tam słychać było pociągające nosy i wyciągane chusteczki…

W gwoli uściślenia, nie chodzi oczywiście o żal po tamtych pracowitych latach, bynajmniej, pewnych rzeczy w życiu przeskoczyć się nie da, zresztą pomimo całego ich trudu były to piękna lata, chodzi o to by nigdy niczego nie odkładać jeśli tylko można po to sięgnąć dziś, tak by potem gdy okaże się że przegapiliśmy ten czas, nie pozostał w nas tylko smutek i żal…

Z całego serca dziękuję Anicie Janci-Prokopowicz za tą podróż do wnętrza siebie, za możliwość odkrycia dawno zapomnianych szlaków i marzeń. Pomimo że był to krzyk bolesnego wyrzutu, było to swoiście oczyszczające przeżycie, pozwoliło mi pozbyć się tłumionych od lat emocji, oraz przypomnieć sobie o tej oczywistości, o której powinniśmy zawsze wszyscy pamiętać – że żyć trzeba tu i teraz, sięgać po marzenia dziś – nie jutro, gdyż nikt z nas nigdy nie będzie miał pewności czy i jakie to jutro będzie…

Dawne marzenia, dawno ukryte w duszy wspomnienia… skan analogowej fotografii jaką wykonałem na Hali Kondratowej, podczas zimowego wejścia na Giewont w latach 90, po prawej również pochodząca z tego okresu fotografia wykonana tuż przy Czarnym Stawie pod Rysami.

Nanga Parbat…

Życie Wandy, jak i wymienianych wcześniej ikon, w sposób oczywisty wiąże się z tragedią która rozgrywała się końcem stycznia pod szczytem Nanga Parbat. Długo zmagałem się z wewnętrznymi oporami czy i jak o tym pisać, w przeciwieństwie bowiem do bardzo wielu, najwyraźniej o zaburzonym poczuciu własnej wartości, hejterów, mam pełną świadomość tego że moje już 37 letnie doświadczenie górskie nigdy nie wykroczyło poza wysokość 2500m, jak i nie dane było mi zgłębić wszystkich arkanów zaawansowanej wspinaczki. Dlatego daleki jestem o rzucania haseł, pewników, co i jak powinno było się zrobić, a czego nie…

Chciałbym jednak poruszyć inny temat, obrzydliwej fali pogardy i absolutnego braku, nawet na poziomie podstawowym współczucia – fali jaka wylała się rwącym potokiem pomyj jeszcze w trakcie akcji, jeszcze w trakcie trudnej walki i dramatu jaki dotknął Tomka Mackiewicza i jego bliskich, którzy tu na dole mogli wyłącznie trwać i mieć nadzieję… nikt nie wymaga od nikogo abyśmy byli tacy sami, notabene całe szczęście cóż byłby to za ponury świat, znudzonych i nierozwijających się ludzi. Każdy ma jakieś własne pasje, czy to zasuwanie po górach na rowerze, czy też tylko po asfalcie, narciarstwo, żeglarstwo i tak dalej… najbardziej obrzydliwymi hasłami jakie wylały się falą pogardy gdy wciąż nie było wiadomo co z Tomkiem, gdy trwała walka o środki, a potem niepowtarzalne wejście tematu Denisa Urubko i Adama Bieleckiego, którzy dokonali czynu iście heroicznego, nie mającego precedensu w historii eksploracji gór najwyższych, hasłami typu: „Po co tam leźli” „Sami sobie winni” „Powinni zapłacić za akcję ze swoich, a nie moich podatków”, „tak to jest jak się chodzi gdzie nie powinno”… i tak dalej i dalej, coraz głębiej w szambo.

zdjęcia pobrane z zasobów Wikipedii, po lewej Nanga Parbat widziana z Fairy Meadows, autor: Atif Gulzar / Nanga Parbat, autor: Svy123

Podążając za logiką takich osób należy wznosić dokładnie takie samej treści hasełka przy każdym nieszczęśliwym wypadku, dajmy na to zwykła jazda na rowerze, nawet już nie na górskim, wystarczy chwila nieuwagi, wybój lub kamień na drodze, by został trwale kaleką, sam znałem takiego człowieka, co wówczas, no przecież to samo! Po coś jeździł na rowerze? A po co zasuwałeś 160km ścigaczem, teraz płać sobie sam za leczenie – nie z moich podatków… po co wyszedłeś na spacer, potknąłeś się, wyryłeś głową o beton i amen, po na narty, po co w góry, po co nad wodę i żaglówki… po co??? Jakbyście się poczuli gdyby wam przydarzył się wypadek, powiedzmy na nartach, a ludzie obok nie tylko by wam nie pomogli, ale wyśmiali i zawrzeszczeli – po co jeździłeś, teraz radź sobie sam…

Wszak podążając tym tokiem myślenia jedynie jedna wątła pozostaje alternatywa, siupania w domu przed ekranem komputera z piwkiem w ręku i… no właśnie hejtowanie, oraz pomstowanie na wszystkich czyniących inaczej. Wątpliwa wszak bowiem brak ruchu, używki tez prowadzą do ryzyka… tego typu komentarze pozbawione są jakichkolwiek podstaw, oraz elementarnej empatii. Nikt nie każe takim osobom rozumieć ludzi gór, tak jak i ludzi poświęcających się innym pasjom, ale negowanie wszystkiego i zawsze, określa jasno wartość takich osób, gdyż słowa „po co” są tu zupełnie na miejscu i nie idzie tu już o góry, ani tą konkretną sytuację, lecz o naszą ludzką naturę.

Ludzie tacy bowiem zapominają że to ci którzy są zdecydowani zaryzykować wszystko, dla marzeń, dla pasji, bez względu czy to naukowej, czy to górskiej, są tymi którzy pchają świat na przód – rozwijają go na wielu poziomach. Co by było gdyby wszyscy siedzieli w swych domowych kryjówkach, wykonując wyłącznie zlecone zadania, nie szukając i nie sięgając dalej – gdzież byłby dziś ten świat?

A góry… cóż i tu całkowicie zgadzam się z opinią Piotra Pustelnika, który określił to najlepiej: „Ludzie dzielą się na dwa typy, tych którym nie trzeba tłumaczyć po co idzie się w góry i na tych którym tłumaczyć tego nie warto”. Brak zrozumienia dla tej potrzeby, głęboko zakorzenionej w sercu i duszy, stanowiącej fundament jestestwa takich ludzi nie zwalnia absolutnie nikogo z podstawowej przyzwoitości i empatii. Zanim więc po raz kolejny ktoś będzie nosił się z zamiarem bluzgania, określania i oceniania, nie trzy razy się zastanowili co by było gdyby takich ludzi nie było, oraz gdyby ktoś ocenił jego samego miarą którą on ocenia innych.

Nanga Parbat – reminiscencja…

W chwili, w dniu gdy dowiedziałem się o rozgrywającej się tam w górze tragedii, moje serce przeszył fizyczny ból, godzinami śledziłem napływające wieści, często niespójne i sobie zaprzeczające, o postępach w organizacji akcji, potem o niej samej… nie mogłem jak wielu pogodzić się z tym że po tak heroicznej akcji, po niesamowitym pokazie determinacji i siły zespołu atakującego, po szczęśliwym odnalezieniu Elizabeth Revolt akcja się zakończyła… długo szukałem nadziei w kolejnych doniesieniach, a nuż były to kolejne fałszywe wiadomości… ale wiedziałem, nawet przy moim skromnym doświadczeniu że to prawda.

Pozostał tylko ogromny żal, ból, że tam na górze, w nie wiadomo jakim stanie i jak długo umierał człowiek. Człowiek wielkiego formatu, o bardzo skomplikowanym i bogatym doświadczeniu życiowym, którego starczyłoby dla kilku ludzi… nie będę tu pisał o własnych przemyśleniach nad przebiegiem akcji, nad tym co było, a co nie jest możliwe, nie chcę się dokładać do ogólnego chaosu potęgującego atmosferę nieporozumień i oskarżeń, pragnę tylko podzielić się z wami już prawie na koniec tego wpisu tym oto wierszem, który po prostu sam się pisał, wypływając z mojego wnętrza, myślą pędząc tam pod białą kopułę szczytową Nanga Parbat…

* * *

     Tomku zaśnij spokojnie
     jesteś u siebie; wśród swoich
     wśród olbrzymów himalajskich
     wszak i ty sam jesteś olbrzymem
     jak każdy kto ma odwagę
     rzucić im wyzwanie…

     Nie przegrałeś…
     jesteś zwycięzcą!
     zostałeś tam na białej górze
     w lichej namiotu łupince
     targanej lodowatym wiatrem

     – na zawsze –

     niech góra tak sroga
     będzie wygodnym ci wieczystym łożem
     wolny od ciała słabości
     będziesz strzegł tych wszystkich
     którzy idą w górę
     wbrew rozsądkowi
     wbrew konformizmowi
     nie dla oklasków, nie dla wyników
     idą bo muszą – bo tym góry są dla nich
     czym dla wszystkich na dole powietrze…

     Tomku zaśnij spokojnie…

.

.

Sebastian Nikiel

Tomkowi Mackiewiczowi

28.01.2018

.

Na początku był chaos…

Tak oto zamknąłem w symbolicznych ramach 2017 rok za sobą… jaki będzie ten który już trwa 2018 rok? Cóż, życie nauczyło mnie już dawno by nie spekulować, co oczywiście nie oznacza by nie marzyć. Z pewnością pełen znoju i trudu, wielu nowych rund walki, ale mam po cichu nadzieję że też pełen mniejszych i większych zwycięstw, oraz wielu wypadów w góry i plener, czego wierzę dobrym zwiastunem zdaje się być pierwszy po dwóch i pół miesiącu nieustannej walki z chorobą wypad w góry jaki miał miejsce 31.01.2018, a wkrótce potem, bo już 03.02.2018 kolejny.

zdjęcia od lewej: pierwszy udany wypad po długim i bardzo trudnym okresie zaostrzenia choroby, a równocześnie pierwszy w bieżącym roku, tu w drodze ze Skały Czarownic na Czupel 31.01.2018 / …już w trzy dni po pierwszym, udało mi się wyrwać po raz drugi na górskie szlaki w nowym roku, co samo w sobie jest nowym rekordem i mam nadzieję pozytywną obietnicą na przyszłość  – tu na tle Malinowskiej Skały, tuż za Kopą Skrzyczeńską 03.02.2018.

Wypady te same w sobie również są nowym rekordem, nigdy wcześniej o tej porze roku, gdzie zazwyczaj właśnie choroba w szczególnie agresywny sposób atakuje, nie udało mi się odbyć dwóch wypadów na przestrzeni zaledwie kilku dni… pozostaję więc przy nadziei, że liczba dni gdy to ja, a nie choroba będę decydował o moim losie, o moim czasie będzie stopniowo rosła, lub choć… nie będzie malała.


Sebastian Nikiel / U MNIE – wpis numer: 1 / 2018  aktualizacja: 05.02.2018 / strona 2/2


 

4 myśli na temat “U MNIE 1-2018

  1. Witam serdecznie,
    Do tej pory nie znałem Twojej historii, dopiero wczoraj któryś ze znajomych polubił Twój wpis i tak i ja go przeczytałem.
    Chcąc zrozumieć lepiej Twoją walkę, cofnąłem się w czasie i przeczytałem wszystkie wpisy w dziale U mnie. Nie raz oczy mi się zaszkliły, ale też nie raz byłem zbudowany Twoją postawą hartem ducha.
    Przeszedłem przez piekło złamanego kręgosłupa i krwiaka u podstawy czaszki, – które były rezultatem upadku z dużej wysokości.
    Boże, co to był za ból. W pierwszych miesiącach po wypadku moje życie ograniczało się dosłownie do 3, 4 najbliższych godzin, – czyli od dawki leku przeciwbólowego do kolejnej dawki. Nie było ważne nic poza tym. Byle przetrwać, byle ból został uśmierzony, choć trochę, bo tak w 100% to nie było możliwe. Kiedy zdarzyło się kilkukrotnie, że musiano odstawić mi leki przeciwbólowe, moich jedynym marzeniem było przestać czuć. Zniknąć. Nie potrafię opisać, jaki to ból. Czasem też ten ból był tak silny, że musiano mi dawać leki, po których odpływałem, ale było mi wszystko jedno. Najważniejsze było byle tylko nie bolało. Myślę, że drugo raz bym tego chyba nie wytrzymał.
    Kilka lat po wypadku wszedłem na Kazbek, potem na Mont Blanc. Było to moje pożegnanie z górami wyższymi, ponieważ wejścia były okupione, zbyt dużym bólem, który przysłaniał radość z bycia w górach i doszedłem do wniosku, że nie ma to sensu, a niesie też duże ryzyko, ponownego uszkodzenia kręgosłupa, który już nigdy nie będzie taki jak przed wypadkiem. Wiem, że takie wejścia niestety są poza moim zasięgiem, podobnie jak techniczne wspinanie w skałach czy w górach, które zawsze bardzo lubiłem.
    Dziękuję, za słowa na temat Tomka Mackiewicza, którego znałem osobiście. O ile sposób organizowania przez niego wypraw na NP., zawsze wzbudzał moje wątpliwości, głownie ze względu na robienie tego w dosyć amatorki sposób, to zawsze szanowałem i szanuje jego wybór. Liczę tylko, że jednak weszli na szczyt.
    Nie będę oryginalny przesyłając pozdrowienia i życząc dużo siły i wytrwałości. Tak po ludzku, ze szczerego serca życzę jak najlepszych postępów w leczeniu. Mam nadzieję, że będzie ich jak najwięcej, aż w końcu nastąpi przełom w leczeniu boreliozy. Wiem, że to tylko słowa. Nie wiele one zmieniają w Twoim życiu, bo ten ból i ten trud zostają takie same. Na końcu tego wszystkiego człowiek zostaje ze swoim cierpieniem sam na sam i niestety nikt nie może go przeżyć choćby częściowo za niego.

    Wszystkiego dobrego .
    Władysław.

    1. Serdecznie dziękuję Władysławie, dałeś piękne świadectwo własnej, jakże trudnej drogi… tak masz rację, na końcu człowiek pozostaje sam z bólem, ale pomimo, takie słowa, tak niezwykłe świadectwa jak Twoje ułatwiają ten znój walki. To swoiste napomnienie że człowiek nie jest sam, że ludzie wokół mierzących się z różnego kalibru wyzwaniami jest mnóstwo, że jednak trwają, walczą i sięgają po marzenia – jak Ty! To wspaniałe i inspirujące. Pomimo że wypadek odebrał Ci tak wiele, miałeś odwagę sięgnąć dalej od ograniczeń ciała. Tak… i ja pocieszam się myślą że cena – ta najwyższa jaką zapłacił za miłość do gór Tomasz poprzedzona została ziszczeniem marzenia, że jednak udało się im wejść na szczyt.

      Dziękuję serdecznie Władysławie.

    1. To ja pięknie dziękuję, to że ktoś to czyta, że jest to dla kogoś ważne jest dla mnie największa nagrodą i radością 🙂 pozdrawiam ślicznie 🙂

Dodaj komentarz