Każdy ma swój Everest

opowiadanie: „Każdy ma swój Everest” strona 3/5

publikacja: 16.01.2011  / aktualizacja: 19.11.2016 / autor:  Sebastian Nikiel

Słońce tym czasem rozpoczęło swój imponujący spektakl. Dochodziła 5:14 gdy wyjrzało znad masywu Jałowca. Zrazu nieśmiało, ogłaszając swe nadejście jasno płonącym srebrem nad krawędzią gór, by po chwili wybuchnąć z całą siłą, szybko przechodząc w kolor złoty. Z zapartym tchem obserwowałem ten pokaz, nie mogąc zdecydować się co w pierwszej kolejności uwiecznić na zdjęciach. Wszystko było tak, piękne, wszystko ważne, świeże i niezwykłe. Fotografując budzące się do życia rośliny, skąpane w porannej rosie, zauważyłem wznoszące się nad krawędzią lasu, piękne, kłębiące się fantazyjnie, ścielące po trawach, by następnie wznieść się do góry ponad korony drzew, białe obłoki mgły. Nie mogłem oczywiście odmówić sobie przyjemności ich sfotografowania, pomimo że aby uzyskać ładny plan zdjęciowy, stałem po kostki w wodzie, a po kolana w mokrej trawie.

Zadowolony z efektów wyprawy zdjęciowej, poczłapałem z powrotem ku naszemu namiotowi. Przepełniała mnie wewnętrzna radość i wdzięczność, że mogłem tu być, że akurat dziś była tak piękna pogoda, że mogłem to zobaczyć. Dodatkowym jakże ważnym dla mnie aspektem tegoż pięknego poranka był fakt że umożliwił mi on choć częściowe zapomnienie o chorobie. Wiedziałem również że stanie się on na długie miesiące źródłem siły, z którego będę czerpał w tych gorszych chwilach. Dochodziła 6:15, najwyższy czas aby zbudzić mojego towarzysza, wszak przed nami był długi, piękny, pełen wrażeń dzień.

…świt na Przełęczy Głuchaczki

*           *           *

Po śniadaniu i uporaniu się z górą gratów, która łatwo wyszła, ale za żadne skarby nie chciała do plecaków powrócić, przyjęciu przeze mnie dużej dawki znieczulającej chemii, byliśmy gotowi do dalszej drogi. Bazę namiotową opuściliśmy o godzinie 9:30.

Teoretycznie podążając na Babią Górę, nadal powinniśmy iść za głównym szlakiem beskidzkim, jednak było by to w moim przypadku bezsensowne marnotrawstwo wątłych zasobów sił, dlatego korzystając z dobrodziejstw otwartych granic, skróciliśmy polski szlak, korzystając ze Słowackiego skrótu. Omijał on pętle jaką polski szlak, trzymający się w swym przebiegu grzbietów górskich, zataczał przez Jałowiec i Mędralową.

Tuż za bazą przecięliśmy czerwony szlak, by chwilę potem po dotarciu do krawędzi lasu, obrać drogę na wytyczony na oko azymut, który miał nas przeprowadzić przez przecinkę graniczną, na znajdujący się gdzieś w dole słowacki żółty szlak. Było to pewne nagięcie zasad, lecz tak naprawdę mogłem przecież zawsze powiedzmy się… zgubić.

Przejście przez zieloną granicę, w tym miejscu, być może nazbyt pochopnie wybranym, nie należało do łatwych. Jak pisałem wcześniej przecinki graniczne, są bowiem od wielu lat nie karczowane. Liczne młodniki, olch, klonów i świerków, czasem znacznie mnie przerastające, trawy po pas, wszędobylskie maliniaki, oraz pułapki ze starych, ukrytych w poszyciu pniaków, stanowiły dość wymagającą barierę dla moich ortez, oraz małego wzrostu partnera. Momentami ponad trawę i chaszcze wystawał mu jedynie maszt flagi, towarzyszącej nam na wyprawie – „Chce Chodzić”*.

Pomimo trudności bardzo to wszystko bardzo zabawne, szczególnie poruszający się ponad zielenią maszt bez człowieka. Ostatecznie „chaszczowanie” odbyło się dość sprawnie, być może z obawy przed pogranicznikami. Po niecałych 10 minutach byliśmy po drugiej stronie granicy, na Słowacji. Chwilę potem natrafiliśmy na ich żółty szlak wiodący wzdłuż asfaltowej, najprawdziwszej szosy. Zaraz potem, jakby w odpowiedzi na moje obawy, pojawił się na drodze zmotoryzowany patrol służby granicznej. Spotkanie przebiegło bez sensacji,  zastanawiałem się jednak jaki maiłoby ono przebieg gdyby doszło do niego o 10 minut wcześniej…

Wyjeżdżając do końca nie byłem pewien pogody, teoretycznie po dwóch tygodniach deszczy, poprzedzających nasz wyjazd, zapowiadali nareszcie krótkotrwałą jej poprawę, ale pozostawał zawsze ten mały margines niepewności. Z ulgą więc mogłem stwierdzić że i w tym aspekcie najwyższy Gazda zadbał aby wyprawa miała piękną oprawę. Granatowe niebo było właściwie bezchmurne, poza niewielkimi białymi obłoczkami. Pomimo wczesnych rannych godzin było już bardzo ciepło.

Zdzierając buty na Słowackim asfalcie, podążaliśmy w kierunku Tabakowego Siodła. Droga delikatnie, choć nieustannie prowadziła do góry. Minęliśmy Vyśny Tajh, upewniło mnie to że zmierzamy we właściwym kierunku. W głowie wciąż miałem wczorajszy obraz anioła w chmurach… nie wiem, to jedna z tych wyjątkowych chwil w życiu gdy ma się wrażenie – a raczej pewność, że uczestniczyło się w czymś wyjątkowym, w czymś ważnym, w czymś co było znakiem, którego znaczenia nawet nie jesteśmy w stanie w danej chwili do końca pojąć…

Po słowackiej stronie – skracając szlak na Tabakowe Siodło

Szosa zakręcała w lewo, dość ostro pnąc się do góry. W miejscu tym szlak, ku mojej radości rozstał się z nią, prowadząc prosto, w świerkowy las. Chwilę potem ścieżka ostro wyrwała do góry wyciskając z nas nielichą ilość potu. Równo po godzinie i 15 minutach stanęliśmy ponownie na polskim czerwonym szlaku, docierając na Tabakowe Siodło, czyli inaczej Przełęcz Jałowiecką Północną.

Podążając już za czerwonym szlakiem, prowadzącym wzdłuż grzbietu i granicy, kierowaliśmy się na Babią. No właśnie… wiedziałem że wkrótce przyjdzie czas podjąć ostateczną decyzję odnośnie dalszego przebiegu trasy. Teoretycznie pierwotny plan zakładał przejście szlaku w dwa dni, czyli dzisiejszego dnia mieliśmy od razu razem z plecakami iść za szlakiem na Małą Babią, dalej przez Przełęcz Brona na Babią Górę, a następnie zejść z powrotem na Bronę i do schroniska PTTK na Markowych Szczawinach. Tam po odpoczynku mieliśmy kontynuować trasę schodząc do Zawoi na ostatni PKS i tak zakończyć wyprawę. W teorii wyglądało to bardzo ładnie, ba czasowo też, tyle że jeśli liczymy czasy dla przeciętnego zdrowego turysty, bez ortez i ze zdecydowanie lepszą kondycją… wczorajsze opóźnienia, ich długość, oraz ilość wysiłku jaki musiałem włożyć choćby w pokonanie Jaworzyny, dały mi mocno do myślenia. Moja forma poszła w dół i raczej szaleństwem było sądzić że uda nam się pokonać z tymi szafami Babią… W górach, ale i na dole w życiu codziennym zawsze staram się mieć awaryjny plan „B”, tak oczywiście było i tym razem…

zdjęcia od lewej: autor tuż za Vyśnym Tajhem / odpoczynek podczas podejścia na Przełęcz Jałowiecką

Minęliśmy Przełęcz Jałowiecką Południową. Chwilę potem dotarliśmy do Żywieckich Rozstai. Tu nasz czerwony szlak zakręcał na Markowe Szczawiny, a niebieski słowacki, wraz z polskim zielonym podążał nadal na wprost na Małą Babią Górę… decyzja była oczywista, jednak jak zawsze w takich chwilach odczuwałem małą kującą igiełkę, gdzieś w duszy, że oto znów muszę ustąpić przed choroba, igiełka złości i żalu… osłodzonego jednak nadzieją że dobra pogoda się utrzyma, a my wypoczęci po nocy, jutro odwiedzimy Babia Górę.

Z moim małym towarzyszem nie musiałem zbyt długo dyskutować na temat zmiany planów, oczywiście ucieszył się z perspektywy kolejnego noclegu w górach, ale najbardziej chyba z tego że nie będzie dziś musiał iść pod tę górę (Babią), która mu wcześniej pokazałem. Odbiliśmy więc w lewo, obierając kierunek na schronisko PTTK Markowe Szczawiny. Plan „B” zakładał nocleg w schronisku, a potem rano na lekko, można rzec w stylu „alpejskim”, szybkie zdobycie Babiej Góry przez przełęcz Brona, następnie zejście z powrotem do schroniska przez Perć Akademików, gdzie po odpoczynku odwrót do Zawoi.

*           *           *

Szlak wiódł łagodnie płajem, wzdłuż urokliwych, tonących w kwiatach i zieleni polan i hal, to znów lasem świerkowym. Przez większość czasu towarzyszył nam imponujący i kuszący widok na masyw Małej Babiej Góry.

Teren po trwających przez ostatnie 14 dni deszczach, był bardzo podmokły, co empirycznie, ku mojej rozpaczy sprawdził mój towarzysz, gdy gapiąc się w chmurki, drzewa, wszędzie tylko nie pod nogi, wyrżnął klasycznego telemarka w błoto, z dodatkowym podparciem na łapki. Gdy się podniósł z mlaszczącego błotka widać było mu jedynie białka oczu…w kolejnym ruchu, zanim zdążyłem zaprotestować, rękami elegancko wszystko roztarł i tak ruszyliśmy dalej…

Po pół godzinie dotarliśmy do Fickowych Rozstai gdzie do naszego czerwonego szlaku, dołączył szlak żółty z Zawoi Czatoża. Niedługo potem szlak wprowadził w las, dość intensywnie się wznosząc. Niespodziewanie las zaczął się zmieniać. Coraz liczniejsze były martwe kikuty, lub już zaatakowane przez kornika drzewa. Stopniowo zdominowały one pejzaż. Ostatni raz byłem w tym miejscu ponad 12 lat temu, wówczas stoki pokrywał zdrowy, świerkowy reglowy las… wyglądało to wręcz surrealistycznie. Równocześnie było przygnębiające i piękne… miało w sobie specyficzny, mroczny klimat, coś co sprawiało że nie można było przejść obok obojętnie.

Kilkanaście minut potem później dotarliśmy na skraj polany. Za drzewami pojawiły się kontury schroniska PTTK na Markowych Szczawinach. Gdy stanęliśmy przed nim widok był dla mnie nader zaskakujący. Pamiętałem ten obiekt jako jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w Beskidzie Żywieckim, miejsc w które masowo ściągali ludzie gór, z licznymi górskimi imprezami, mające swój klimat i ducha. Wewnątrz zawsze unosił się ten specyficzny i właściwy dla starych górskich obiektów zapach drewna, butów, dymu i kuchennych potraw.

Teraz stałem przed ultranowoczesną bryłą architektoniczną, z dużą ilością szkła. Porównanie co najmniej zaskakujące. Ten nowy obiekt przypomniał mi kopię trendu wyznaczonego przez nowe schronisko na hali Miziowej pod Pilskiem. W jednym i drugim przypadku oba obiekty straciły swój wyjątkowy klimat, a co za tym idzie tworząca tą atmosferę ludzi gór. Było to wszystko jednak jeszcze nic w porównaniu z zaskakującymi wnętrzami które miałem zobaczyć…

…po lewej radość z wspólnej przygody – rejon Tabakowego Siodła, za nami nasz cel – Babia Góra / po prawej schronisko PTTK na Markowych Szczawinach

Poszedłem do recepcji z lekką obawą, jako że nocleg tutaj nie był planowany, lecz został niejako wymuszony przez moją formę, że może się okazać że takowych nie ma. Z dawnych lat pamiętałem że schronisko było zawsze mocno oblegane, a w okresach wakacyjnych, w najlepszym razie można było liczyć na glebę… i znów zaskoczenie, bez najmniejszego kłopotu dostaliśmy nocleg w 4 osobowym pokoju.

Opowiadanie wyróżnione w konkursie „Opowiedz Historię”

przez www.klubpodroznik.pl


ilość stron: 5  / publikacja: 16.01.2011  / aktualizacja: 19.11.2016 / autor:  Sebastian Nikiel

CC – Attribution Non-Commercialm Share Alike by Sebastian Nikiel