Jaskinia

opowiadanie: „Jaskinia” strona 1/2

publikacja: 24.07.2007  / aktualizacja: 19.11.2016 / autor:  Sebastian Nikiel

Miałem siedemnaście lat, a wkrótce miałem rozpocząć osiemnasty rok życia. Na swoje urodziny pragnąłem zrobić coś wyjątkowego, trochę szalonego, może ryzykownego… Postanowiłem pojechać sam na kilkudniowy wypad w Tatry. Jako że urodziłem się siedemnastego stycznia, sprawę dodatkowo komplikowała panująca aura. Choć dla mnie oczywiście, jako zimnolubnego, odkąd pamiętam człowieka, była to najlepsza pora na wszelkie wyjazdy. Z właściwą dla tego wieku szarmancją zakładałem że to nic trudnego zdobywać Tatry zimą, nie posiadałem również praktycznie żadnego, koniecznego na zimowe warunki sprzętu. No i była jeszcze jedna kwestia… rozmowa z Tatą, który przecież musiał się zgodzić na ten szalony plan. Mój Tata zawsze wychowywał mnie w taki sposób, abym był w każdej chwili gotów żyć sam, abym umiał ponieść konsekwencje błędnych decyzji, oraz potrafił być odpowiedzialnym za nie. Dotyczyło to również gór…

Co prawda już dwa lata wcześniej miałem swój samotny debiut, który odbył się właśnie w Tatrach i to od razu na Orlej Perci. Jednak miało to miejsce w lecie, przy pewnej (o ile można użyć tego określenia w odniesieniu do Tatr) pogodzie, a sam Tata czekał na mój powrót w Kuźnicach. Można więc powiedzieć że był to wypad w dużej mierze kontrolowany, dlatego bałem się jak zareaguje na taką bardziej odważną propozycje. Dość powiedzieć że było bardzo ciężko, ale w końcu po dwóch tygodniach usilnych próśb, oraz złożeniu stosownych obietnic, zgodzie na szereg obwarowań, otrzymałem upragnione zielone światło.

Przygotowania ruszyły pełną parą, kompletowanie odzieży, pożyczenie śpiwora, organizacja noclegów. Na swoją bazę wybrałem Dom Turysty PTTK, jako że sam byłem członkiem tej organizacji, wówczas już od ponad 10 lat, posiadając 25% zniżkę na noclegi, co dla mego nader skromnego budżetu miało duże znaczenie. W końcu nadszedł dzień gdy wyruszyłem na tę swoją wymarzoną samotną wyprawę, tylko ja, wyzwanie i góry.

Do Zakopanego wyjechałem dość późno, bo po piętnastej, toteż w Domu Turysty znalazłem się już późnym wieczorem. Zameldowałem się ignorując dziwne spojrzenia recepcjonistki, wyraźnie oczekującej na pojawienie się jeszcze kogoś starszego. Rozgościłem się na dolnej pryczy piętrowego łóżka, był to bowiem pokój wieloosobowy, przygotowałem rzeczy na jutro, na mój pierwszy wypad i wbiłem się w objęcia ciepłego śpiwora. W nocy przejęty tym co ma się wydarzyć długo nie mogłem zasnąć. Gdy w końcu nadszedł wyczekiwany poranek, wyskoczyłem jako pierwszy ze śpiwora, błyskawicznie pakując rzeczy do plecaka. Aparat, latarka, ciepła odzież, termos z herbatą jakieś na szybko sklecone kanapki. Idąc holem, tuż obok recepcji minąłem książkę wyjść, przez chwilę zawahałem się czy nie było by dobrze się wpisać, górę wzięła jednak młodzieńcza nonszalancja. Wkrótce miało się okazać że był to poważny błąd…

Na zewnątrz panowała piękna śnieżna, wręcz bajkowa zima. Nie było szczególnie zimno, termometr przed hotelem wskazywał minus siedem stopni Celsjusza, niebo było bezchmurne, wymarzona pogoda na wypad. Szedłem przez Zakopane, rozglądając się zafascynowany, chłonąc każdy obraz, kolor i szczegół. Szybko znalazłem się na przystanku busów. Na pierwszy dzień swych wojaży wyznaczyłem sobie doskonale mi znaną  i łatwą trasę: Dolina Kościeliska, Wąwóz Kraków, Smocza Jama aż do schroniska pod Ornakiem. Po drodze chciałem również odwiedzić Smerczyński Staw. Po dotarciu do Kir, w rejon parkingu, gdzie znajdowało się wejście na trakt wiodący przez Dolinę Kościeliską rozpocząłem swą przygodę.

Mijał czas a ja zachwycony, niesiony przepychem skrzących się tysięcy diamentów śniegu, parłem szybko na przód. Co jakiś czas mijały mnie, pobrząkując dzwonkami góralskie sanie z zamożniejszymi turystami. Na szlaku, pomimo śnieżnej zimy panował zwyczajowy, spory ruch, choć i tak zdecydowanie mniejszy niż w sezonie letnim. Tak kontemplacji otaczającej piękna dotarłem do rozwidlenia prowadzącego do Wąwozu Kraków. Z radością skręciłem zakładając że odnajdę tam upragniony spokój, wiedziałem o tym choćby z racji tego że szlak był doń prawie nie przetarty, co szybko dało się mi we znaki… nie miałem zamiaru przejść szlaku w całości, zataczać pętli jaką on wykonuje, pragnąłem jedynie dotrzeć do Smoczej Jamy. Szedłem pomiędzy strzelistymi turniami, dotarłem pod drabinkę prowadzącą do jaskini. Przez moment zawahałem się, szczeble, te które były widoczne spod śniegu, pokrywała gruba warstwa lodu. Z ostrożnością powoli ruszyłem w górę. Pod samą już jaskinią sprawy się skomplikowały gdy okazało się że łańcuchy całkowicie znikły w śniegu. Podjąłem niebezpieczne próby przejścia pętli jaskini, trzymając się jedynie zauważonych występów skalnych lub… niczego. Kilka razy bliski byłem niekontrolowanego zjazdu, kilka razy zaliczyłem wywrotkę, ale wszystko to, ten posmak niebezpieczeństwa, ta możliwość samostanowienia, ta wolność, były dokładnie tym czego szukałem i oczekiwałem.

Po powtórnym zejściu do wąwozu zawróciłem w kierunku głównego traktu, do Doliny Kościeliskiej. Z przykrością powitałem w niej te same masy ludzi. Następnie w planie był Smerczyński Staw i schronisko pod Ornakiem. Po około godzinie byłem już na krótkim szlaku prowadzącym do stawu, miałem zobaczyć go po raz pierwszy zimą. W pewnym momencie pomiędzy zielonymi, uginającymi się pod ciężarem śnieżnych czap świerkami, zobaczyłem jego dużą zamarzniętą, pokrytą równą warstwą puchu taflę. Widok zapierał dech w piersiach. Niczym nie skalana przestrzeń, delikatnie wirujące niesione wiatrem płatki śniegu, tańczące na tafli stawu, a nad nimi ponad szczytami drzew, panorama ośnieżonych, mieniących się złotem i srebrem, Tatr Zachodnich. Nacieszywszy się tym widokiem ruszyłem do schroniska pod Ornakiem. Zwyczajowa herbatka, kanapki, coś słodkiego dla dodania energii, pamiątkowa fotografia sprzed schroniska moją sfatygowaną ruską  Smienką i ruszyłem w drogę powrotną. Tym razem jednak moje tempo marszu, było o wiele wolniejsze niż to jakim poruszałem się w kierunku przeciwnym. Nie wynikało to ze zmęczenia, lecz z głęboko zakodowanej niechęci do powrotów, niechęci do rozstań z górami. Poza tym było dość wcześniej, a nie miałem już nic w planie ponad zejście do Kir na bus.

Godzinę później dotarłem do rozwidlenia szlaków prowadzących, w prawo do Wąwozu Kraków, a w lewo ostro wyrywając pod górę do Jaskini Mylnej. Wówczas to narodziła się ta szatańska myśl. Spojrzałem na zegarek, wciąż było stosunkowo wcześniej. Zaraz potem wyjąłem mapę. Tak… półtorej, maksymalnie dwie godziny. Tyle powinno mi wystarczyć na przejście jaskini. Wpatrywałem się w kuszący mnie drogowskaz, wiodący czerwonym szlakiem do jaskini. Decyzja była naturalnie oczywista, w górę. Nie znałem tej jaskini, lękiem nieco napawała mnie też jej nazwa – Mylna… czemu akurat mylna? Czy jest aż tak rudna i myląca? Niee… przecież nie w takich sytuacjach dawałem sobie radę. Kalkulowałem swoje szanse, zapasy i sprzęt jakim dysponuje. „Sprzęt”, to słowo użyte nad stan, bo cały ten „sprzęt” składał się z jednej słabej latarki. Latarki na płaskie baterie, o słabej żarówce, która w dodatku miała paskudną cechę, lubiła nawalać w najmniej odpowiednim momencie.

Wszystko to jednak niczym było wobec zastrzyku adrenaliny jaki wypełnił moje żyły, wobec nowego wyzwania, możliwości pochwalenia się swą zdobyczą Tacie. No i oczywiście odsunięcia perspektywy powrotu do centrum. Tak rwąc się z myślami, piąłem się coraz wyżej i wyżej, stok stawał się coraz bardziej stromy. W końcu musiałem zacząć wspinać się za pomocą wszystkich czterech kończyn, co i tak nie powstrzymywało efektywnych zjazdów w dół. Po około trzydziestu minutach dotarłem do niewielkiej polanki w rzadkim świerkowym lesie. Przede mną znajdowało się wejście do jaskini. Czarna dziura pomiędzy skałami, o niewielkich rozmiarach około 1,5m szerokości i może 1,2m wysokości. Nad wejściem zbudowano z grubych świerkowych bali niewielkie zadaszenie.

Podszedłem bliżej, przez ciało przeszedł mi dreszcz… a może jednak zawrócić? Może nie iść… cóż w tym miejscu muszę się przyznać że tak naprawdę to nie pałam zbyt wielką miłością do jaskiń. Tak naprawdę odkąd pamiętam zawsze mnie przerażały. Ilekroć w nich byłem, szczególnie gdy były to jaskinie ciasne, nie mogłem się powstrzymać od natrętnych myśli o tych tysiącach ton skał wiszących tuż nade mną i o ile nie robiły na mnie żadnego wrażenia choćby największe z przepaści, jak i najwęższe przejścia, o tyle jaskinie natychmiast wzbudzały we mnie lęk. Nie oznacza to jednak że nie potrafiłem docenić ich niesamowitego, surrealistycznego piękna, potrafiłem, jak i ludzi którzy to piękno z niepojęta determinacją zdobywali. Po tym wszystkim można by spytać właściwie dlaczego tam się pchałem? Cóż… myślę że jednolita, zwarta odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa. To tak jakby spytać zdobywcę K2 który stracił podczas wejścia większość palców, po co tam szedł, skoro znał ryzyko, skoro wiedział że ta góra nader często zabija, lub okalecza… odpowiedź mogłaby by być tylko jedna – bo jest. Dociekliwi oponenci mogliby natychmiast powiedzieć, że jednak taki człowiek szedł bo kocha, a ja jaskiń nie, to prawda. Podziwiam je, odczuwam respekt, ale nie kocham w stopniu równym  turnią. Więc czemu? Bo miałem szesnaście lat, bo nie wiedziałem wszystkiego o ryzyku, bo targała mną młodzieńcza burza hormonów, bo nie lubiłem się wycofywać, bo nie znosiłem porażek, ani nie akceptowałem własnych słabości i ograniczeń. Powodów można by wymienić wiele, dość poprzestać na tym że po prostu była, a ja jej nie poznałem i właśnie przed nią stałem, toteż schylając się wszedłem.

Natychmiast po wejściu odczułem znaną mi już mieszankę lęku, adrenaliny i ciekawości. Początkowa komora choć niewielka, miała wystarczającą wysokość aby stanąć w pełni wyprostowanym. Samo to sprawiało że w pewien szczególny sposób czułem się pewniej. Pewność ta jednak szybko ustąpiła miejsca lękowi, gdy stwierdziłem że zaledwie kilka metrów dalej mam przed sobą zacisk skalny, ostro opadający w dół, pozostawiając jedynie jakieś siedemdziesiąt centymetrów przejścia. Za zaciskiem tym nikły wszelkie promienie światła sączące się z zewnątrz. Wpatrywałem się w ciemność, próbując przeniknąć ją jedynie chyba wolą, bo wzrokiem byłoby to niemożliwe. Zdjąłem plecak, wyjąłem i włączyłem latarkę, przykucnąłem i zacząłem się przeciskać poprzez skały. Pod stopami miałem tafle lodu, co skutecznie utrudniało sprawne poruszanie.


ilość stron: 2  / publikacja: 27.04.2006  / aktualizacja: 19.11.2016 / autor:  Sebastian Nikiel

CC – Attribution Non-Commercialm Share Alike by Sebastian Nikiel

Dodaj komentarz