Jak to cepr chciał zostać góralem

opowiadanie: „Jak to cepr chciał zostać góralem” strona 1

publikacja: 15.08.2011  / aktualizacja: 21.02.2017 / autor:  Sebastian Nikiel

Wydarzyło się to dawno temu, tak dawno że wspomnienia o tym zajściu mieszają się już z obrazami z wyobraźni. W latach mojej wczesnej młodości, z wszystkimi jej właściwymi zaletami i przywarami, w tym młodzieńczej buty, oraz niezwykle kreatywnej wyobraźni.

Był styczeń, niedawno ukończyłem magiczne osiemnaście lat, z tej okazji wybrałem się w Tatry. Mijało właśnie dziesięć dni od czasu gdy bawiłem w Zakopanem, kwaterując w Domu Turysty PTTK.

Siedziałem na krawędzi łóżka tempo wpatrując się w górę rzeczy, które za moment miałem upchać do swego plecaka, nadszedł dzień wyjazdu. Jak zawsze w takich chwilach, pakowanie szło mi niezwykle opornie, jakbym podświadomie chciał odwlec ten moment, nie chcąc zaakceptować że oto koniec mojej wyprawy i czas wrócić do codzienności. Z mozołem i niechęcią po dłuższym czasie zdołałem w końcu włożyć wszystkie graty do plecaka. Były wczesne godziny przedpołudniowe. Miałem jeszcze sporo czasu do odjazdu PKS-u, postanowiłem więc wyjść na małą szklanicę grzanego piwa z korzeniami…

Na Krupówkach panował zwykły o tej porze roku, zgiełk i tłok. Masy turystów i narciarzy, przelewały się bezładnie w obu kierunkach tej najbardziej znanej z ulic Zakopanego. Szybko opuściłem deptak, zapuszczając się w mniej uczęszczane rejony miasta. Znalazłem tam małą przytulną knajpkę. Wszedłem i zakupiłem kufelek grzanego piwa, intensywnie parującego zapachem przypraw korzennych. Usiadłem w rogu, tuż obok okna, nie chcąc się za bardzo rzucać w oczy miejscowym. Wyciągnąłem swój mały notesik i długopis. Jak to miałem w zwyczaju próbowałem przelać na papier swoje chaotyczne myśli, nadając im formę, mniej lub bardziej zgrabnego wiersza. To przyciągnęło uwagę kilku tęgich chłopów ubranych w góralskie stroje. Wkrótce jeden z nich, siedzący obok kontuaru zaczepnie acz wesoło krzyknął:

  • Ej ty, co tam tak gryzmolisz? Wiersze piszesz?

Odpowiedziałem:

  • A no tak, niby wiersze…

Góral z uśmiecham i błyskiem w oku, którego przesłania nie do końca byłem pewien zerknął na swych towarzyszy i podszedł z kuflem piwa w ręku mówiąc:

  • Usiedne se na moment, to pokaż no te wiersze, a o Tatrach masz też cosik?
  • Ano mam…
  • A to dajże poczytamy, chętnie obaczymy jak to nasze Tatry się opisuje…

Nie bardzo mi się to podobało, nie skory byłem do upubliczniania mojej grafomani, z drugiej strony patrząc na mojego towarzysza w stoliku, oraz kilku jego kolegów, trudno byłoby im bezpiecznie odmówić… tak więc podałem notesik, wskazując na jeden z wcześniejszych wierszy o Tatrach. Góral wziął go do swej wielgaśnej dłoni, która zakryła cały notesik i po woli zaczął czytać, to marszczyły się to łagodniały jego głębokie, surowe rysy twarzy. Z niepokojem czekałem na werdykt jaki ogłosi, oczyma wyobraźni widząc łomot jaki mógłby mnie w ramach krytyki tu spotkać… w końcu buchnął śmiechem, a mi powróciła chęć oddychania, co wcześniej przychodziło z trudem.

  • Eee chopy! Toć nam tu nowy wieszcz rośnie!

Gwardia znajomych odpowiedziała gromkim, basowym śmiechem. Wszystko to zaczęło wzbudzać coraz większe zainteresowanie w knajpie, co raczej tylko wzmagało mój niepokój biorąc pod uwagę fakt że byłem tu jedynym obcym. W myślach kląłem się za swą głupotę, za zapuszczenie się w rejony dla miejscowych raczej zarezerwowane. Cóż chciałem posmakować prawdziwej, nie pokazowej góralszczyzny, no to wszystko wskazywało że tak właśnie się stanie… mój towarzysz zagadnął, porzucając dotychczasowy wątek:

  • A powiedz mi no skądeś ty?

I tu, o zgrozo! Niech przeklęta będzie młodzieńcza buta, co językiem i myślą niefrasobliwą, rozsądek wyprzedza, palnąłem podekscytowany:

  • A no z gór!
  • Mój towarzysz spoważniał nieco, baczniej mi się przyglądając, powiedział:
  • Z gór powiadasz… to znaczy się góral jesteś?

I znów buńczuczna natura, zanim rozsądek nakazał milczenie, powiedziałem…

  • A no tak, góral.

Na to tylko czekali moi towarzysze… ten co siedział ze mną przy stoliku nachylił się nad nim zbliżając ku mnie i niby to do mnie, ale przesłaniem do towarzyszy skierował słowa:

  • Hej! Chłopy! Słyszcie to? Toż my tu górala mamy…

Na te słowa jak na komendę pięciu jego towarzyszy wstało od baru zbierając się koło mojego stolika. Byli tak blisko że wyraźnie czułem ich przesycone zapachem koni, oraz oscypków kubraki. Czułem jak się kurczę, jak pryska moja buta, zastąpiona przez strach… znów widziałem oczyma wyobraźni te wielgaśne łapska jak przyklejają się do mojej twarzy… po chwili zdającej się trwać wieczność, ten co przysiadł się jako pierwszy kontynuował rozpoczęty wątek:

  • No to powiedz że mi skoroś góral, z jakich to gór pochodzisz?

Ha! Oto nadeszła chwila mojej zguby, wiedziałem co się zaraz stać może… cóż robić, skoro zaszedłem już tak daleko, nie chcąc dać się ośmieszyć ani zastraszyć, z może mniejszą, nico już bardziej udawaną butą, powiedziałem najpewniej jak to tylko umiałem:

  • A no z Beskidów!

I znów zapadła długa jak mi się zdawała cisza, bacznie przyglądałem się czy aby już te łapska nie zmierzają w moją stronę… na twarzy najbliższego górala jednak rysy po łagodniały, wreszcie kąciki ust mu zadrżały aż wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem, przerywanym jedynie co rusz docinkami:

  • …słyszycie z Beskidów!
  • No ale gada że góral!
  • Góral z Beskidów…

W końcu ten siedzący naprzeciw mnie powiedział wciąż się śmiejąc:

  • Toś ty góral niskopienny, czyli cepr! Żaden z ciebie góral ino ceprzysko!

Po czym kontynuował, wciąż dławiąc się śmiechem:

  • No ale bacząc że wiersze o Tatryjach piszesz, no i że gadasz żeś góral, to obaczymy jako to z tą góralszczyzną u ciebie!

To mówiąc kiwnął na bufetowego, coś tam na paluchach pokazując, ten uśmiechnął złośliwie i już o nic nie pytając zaczął przygotowywać coś pod barem. Towarzysze tego co siedział, rozbawieni, wiedząc najwyraźniej co będzie dalej, zbierając krzesła od innych stołów, przysiedli się wianuszkiem obok mojego stolika. Po chwili za kontuaru wyszedł bufetowy, niosąc tacę a na niej kilka piw, pustą szklanicę i… butelkę wódki! Ten co siedział ze mną od początku rzekł:

  • No to skoroś góral, to pij po góralsku!

Bez dalszych konwenansów szklanka została napełniona za połowę wódką. Góral podniósł ją do ust i bez najmniejszego skrzywienia czy zawahania wypił duszkiem jakby była to zwykła woda. Z głośnym stuknięciem postawił ją na stole, po czym popił… piwem. Czułem jak zasycha mi w gardle, bynajmniej nie z pragnienia ale ze strachu przed tym co pewno czekać mnie miało za chwilę… Co robić? Wycofać się? Ale jak? Wokół mnie ciasnym wianuszkiem siedziały chłopy, z których każdy dęby mógłby gołymi rękoma rwać… wybór raczej mały, wielkie łapy na mojej twarzy, lub… szklanka która właśnie została napełniona i postawiona przede mną… ha! „Wlazłeś między wrony, krakaj jak i one”… Chwyciłem szklanicę, bez zastanowienia, by jak najszybciej mieć to za sobą, przechyliłem i wypiłem. Zrazu nic nie poczułem, jednak tuż po jej odstawieniu ogień zapłonął mi w gardle i trzewiach. Obłędnym wzrokiem szukałem czegoś do po picia gdy natrafiłem na wyciągniętą w moja stronę dłoń z kuflem piwa… nieważne, ważne że mokre i nieco mniej palące! Wziąłem dobry łyk i dopiero wówczas poczułem ulgę…

Mój partner już napełniał ponownie szklanicę, tym razem dla siebie. Niedługo czekać musiałem na efekty tego testu góralszczyzny. Po moim ciele, promieniując z żołądka na całe ciało, rozeszło fala gorąca. Czułem jak moje członki stają się miękkie, bezwładne, a w głowie, w myśli wkrada się chaos… nie długo zastanawiałem się nad tym stanem, jako że w chwilę potem uległ on pogłębieniu, po drugiej już szklanicy wódki, piwem popijanej.

Gdzieś tam w bezładnie splątanych myślach tłukących się po głowie pamiętałem dwie szczególnie ważne, wymeldować się z domu PTTK, oraz PKS…z upływem czasu, utonąwszy w alkoholu i one zatarły się w ogólnym chaosie. Z tego co potem się działo niewiele już pamiętam. Może tylko śmiechy, jakieś pytania, rozmowy… Nie wiem też jak długo test ten trwał w moim wykonaniu, a raczej ile tego testu zniosła moja biedna głowa.

*    *    *

Gdy otwarłem oczy za oknem szarzało, pojęcia nie miałem co się u stało, gdzie u licha jestem, czy to wieczór, czy ranek? Nie… na pewno wieczór, ale w takim razie… PKS! Nie pojechałem! Gdzież więc jestem!? Spanikowany, splatany, na wpół świadomy, zerwałem się z dziwnie znajomego łóżka. Równie szybko jednak na nie opadłem, za sprawą dotkliwego bólu ciążącej głowy… Zacząłem więc od nowa analizować sytuację. Zerknąłem na zegarek, śmieszne rzecz przecież oczywista, od której powinienem zacząć. Dochodziła siódma…rano! Więc nie pojechałem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. W kącie stał mój spakowany do wyjazdu plecak, obok drugie, puste drewniane łóżko, umywalka…dom turysty PTTK! Moja dotychczasowa kwatera. W tym momencie przypomniałem sobie o portfelu, dokumentach… zdenerwowany, nie bacząc już na ból głowy przeszukałem kieszenie rzuconej obok kurtki. Z olbrzymią ulga stwierdziłem że wszystko było na miejscu. Byłem jednak tak zmęczony, a może raczej wciąż pijany, że uspokojony wiedza o tym gdzie jestem, oraz że nic nie zniknęło, że jestem cały, z powrotem zasnąłem.

Obudziłem się tym razem na dobre około czternastej. Powoli wracając do równowagi, z wciąż nieustępującym bólem głowy, w myślach zacząłem odtwarzać wczorajsze wydarzenia. Oczywiście udało mi się odtworzyć jedynie strzępy z tegoż co miało miejsce, szczególnie po drugiej szklanicy. Nie miałem pojęcia jak się tu znalazłem, mogłem jedynie przypuszczać że przynieśli mnie tu moi wczorajsi oprawcy, ba nie wiedziałem w końcu nawet czy zdałem ten test na górala… Oczywiste jednak było to że skoro tu jestem, to znaczy że zanim ostatecznie na rzeczowym teście padłem, zdążyłem góralom powiedzieć gdzie mam kwaterę. To z kolei prowadziło do niezwykłego, acz prostego wniosku że to Oni właśnie mnie tu przynieśli zapewne, oraz załatwili sprawę przedłużenia pobytu w recepcji… jednym słowem pomimo wszystko bardzo ładnie się zachowali, wręcz nader porządnie, co tylko podniosło w moich oczach ich góralską rangę.

Po godzinie i jako takim doprowadzeniu się do ładu, już z plecakiem ruszyłem w kierunku recepcji, aby załatwić sprawę należności za ten dodatkowy nocleg. Jak tylko zbliżyłem się do kontuaru, młoda śliczna dziewczyna, ze źle skrywanym rozbawieniem rzekła:

  • Tym razem to już chyba wprost na dworzec?

Poczułem jak robię się czerwony ze wstydu po same czubki uszu… uparcie wpatrując się w podłogę bąknąłem:

  • Tak… raczej nie w głowie mi dziś już spacery po Zakopanym. Chciałbym uregulować należność za tę dodatkową noc…

Dziewczyna śmiejąc się, powiedziała że należność została już uregulowana! Moje zaskoczenie mieszało się ze wstydem… zanim jednak zdołałem zapytać przez kogo, spodziewająca się najwyraźniej takiej reakcji recepcjonistka powiedziała:

  • Zapłacili z góry Twoi wczorajsi kamraci i nakazali co by cię za wcześniej nie budzić, ale i nie później niż dwie godziny przed PKS-em.

Pięknie! To i o której mam PKS, a zapewne i dokąd też im powiedziałem. Podziękowałem więc serdecznie, przepraszając równocześnie za powstała sytuację. Stękając ubrałem plecak kierując się wprost na dworzec autobusowy.

*    *    *

Tak oto zakończyła się moja kolejna przygoda i zimowy pobyt w Zakopanym. Przygoda która była dla mnie cenną lekcją pokory, ujmująca mi nieco z animuszu buńczucznej młodzieńczej zapalczywości. Pozostało oczywiście kwestią nierozpoznaną dla mnie czy bolesny test na górala zdałem, oraz czy góral niskopienny jest tylko ceprem czy jednak niskopiennym, ale  góralem.

autor – styczeń 95 rok / zdjęcie pierwsze z lewej: Włosienica / środkowe: Czarny Staw Pod Rysami / z prawej: podejście pod szczyt Giewontu

Opowiadanie wyróżnione w konkursie „Opowiedz Historię”

przez www.klubpodroznik.pl


ilość stron: 1  / publikacja: 15.08.2011  / aktualizacja: 21.02.2017 / autor:  Sebastian Nikiel

CC – Attribution Non-Commercialm Share Alike by Sebastian Nikiel